Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
Sobota, przed końcem roku szkolnego
Zagotowałam się – i to najzupełniej na serio, wskutek przeczytania newslettera z pewnej platformy dostarczającej rodzicom i nauczycielom pomocy dydaktycznych dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Ale po kolei.
Jakiś czas temu zaczęłam korzystać z oferty subskrypcyjnej jednego z portali wspierających edukację przedszkolniaków i najmłodszych uczniów. Cena nie wydawała się szczególnie wygórowana, a liczba dostępnych materiałów mocno satysfakcjonująca (co do jakości – różnie z tym bywa, ale da się w miarę szybko wyselekcjonować co lepsze pliki, nawet jeśli nie ma się w tej kwestii szczególnej merytorycznej i technicznej wprawy).
Drukowałam sobie stamtąd od czasu różne zadania i plakaty, zazwyczaj wówczas gdy dzieci czymś się gwałtownie zainteresowały albo gdy warunki atmosferyczne i efekty działania drobnoustrojów dawały nam się szczególnie we znaki. Krótko mówiąc, byłam raczej zadowolonym klientem – i w gruncie rzeczy nadal nim jestem, choć pewien element oferty tegoż portalu doprowadził mnie na skraj ostrego zbulwersowania.
Otóż wcale niedawno, bo ledwie kilka dni temu, jako jedną z propozycji w przesyłanym regularnie newsletterze z najnowszymi/najlepszymi/najbardziej popularnymi materiałami przedstawiono mi możliwość skorzystania ze sztucznej inteligencji, która po wpisaniu imienia dziecka i wybraniu kilku fraz spośród dostępnych możliwości wygeneruje ocenę opisową ucznia nawiązującą do wytycznych polskiej podstawy programowej.
W tenże oto sposób autorzy rzeczonego materiału marketingowego podnieśli mi gwałtownie ciśnienie, podkopali resztki mojej wiary w system edukacji i w zasadzie obalili jeden z moich żelaznych argumentów przemawiających za tym, żeby jednak te nasze dzieci do szkoły posłać. Miałam bowiem – raczej dosyć naiwne – przekonanie, że zwłaszcza na początku edukacji przedszkolnej czy szkolnej istotne może być spojrzenie specjalisty, który obcując z dzieckiem przez sporą część dnia, a mając jednocześnie do tego obcowania odpowiednie przygotowanie i doświadczenie, będzie mógł nie tylko lepiej wspierać je w nabywaniu podstawowych kompetencji, lecz także przekazać nam, czyli rodzicom, informacje zwrotne dotyczące postępów i zdolności naszego małego człowieka.
Naprawdę wierzyłam w to, że nauczyciel edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, który pracuje z jedną grupą dzieci przez 18/22/25 godzin tygodniowo część spośród pozostałych godzin ze swojego teoretycznie 40-godzinnego etatu raz czy dwa razy do roku zechce poświęcić na przekazanie efektów swoich obserwacji opiekunom podopiecznych. I wiem, że z pewnością są tacy, którzy to robią – w sposób rzetelny, systematyczny i zindywidualizowany. Niemniej kiedy zaczęłam się nad tym nieco głębiej zastanawiać, doszłam do wniosku, że jednak moja wyżej wspomniana wiara musiała być efektem tzw. pomroczności jasnej. Bo jak dowodzą rozmaite nauki o człowieku, kiedy tylko jest to możliwe, większość z nas idzie na łatwiznę i ekonomizuje wysiłek na wszelkie dostępne sposoby.
Nie mam na to twardych dowodów, ale domniemywam, że większość jednak korzysta z upraszczaczy pracy, o czym oprócz antropologii przekonuje moje własne szkolne doświadczenie, które przy okazji tego newslettera sobie odpomniałam.
W czasie mojej własnej kariery nauczycielskiej, a zwłaszcza w jej trudnych początkach, niekoniecznie z własnego wyboru korzystałam z różnego rodzaju gotowców, określanych przez handlowców z wydawnictw edukacyjnych “obudową dydaktyczną”. Musiałam ich używać przez kilka pierwszych lat pracy w zawodzie, kiedy to byłam etatowo na zastępstwie, prawie co roku w innej szkole, gdzie zazwyczaj dostawałam od osób, które zastępowałam, albo od przełożonych instrukcję, że mam pracować kropka w kropkę tak, jak nakazuje rzeczona obudowa. Był to szczególny rodzaj udręki, którego z biegiem czasu nauczyłam się unikać tak, by nikt się nie domyślił (np. wpisując do dziennika temat z rozkładu materiału, a realizując inny, nieco bardziej interesujący dla mnie i dla przynajmniej kilkorga uczniów).
Dzięki tym latom umęczenia realizowaniem scenariuszy i rozdawaniem kart pracy – gdy szczęśliwie uwolniłam się od konieczności realizowania czyichś pomysłów, pozostała we mnie niechęć do korzystania z pakietów materiałów i tym podobnych okropieństw, zwłaszcza wiernie, biernie i w całości. Owszem, korzystałam z niektórych ćwiczeń czy zbiorów, ale raczej wybiórczo, przetwarzając różne zawarte w nich pomysły czy tworząc własne handouty. Miałam jednak świadomość, że całkiem spora liczba moich kolegów po fachu ceni sobie obudowy i lojalnie z nich korzysta.
W drugiej kolejności nawiedziło mnie wspomnienie innego mojego szkolnego koszmaru, a mianowicie konieczności lektury rozmaitych opinii i orzeczeń dotyczących specjalnych potrzeb edukacyjnych moich uczniów. Robiłam to co roku z narastającym obrzydzeniem. Najpierw jako polonistka studiowałam papiery na temat dysleksji i dysortografii, później jako wychowawczyni i psycholożka zapoznawałam się także z wszelkimi dokumentami będącymi efektem wizyt w PPP. O ile jednak w pierwszych latach czytałam je z pewnym zapałem, próbując nawet uruchomić własne zdolności określane w systemie szkolnym jako “czytanie ze zrozumieniem” – o tyle z biegiem czasu zorientowałam się, że lwia część tych obszernych wywodów powtarza się właściwie kropka w kropkę, ponieważ – jak nie trudno się domyślić – tworzone są za pomocą powszechnie znanej zwłaszcza uczniom i studentom metody KW, czyli Kopiuj Wklej.
Doszedłszy do tegoż wniosku, nauczyłam się szybkiego skanowania tych papierzysk (był to jeden z nielicznych przypadków w moim życiu, kiedy do czegoś przydały mi się umiejętności z kursu szybkiego czytania) w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji na temat tego konkretnego ucznia czy tej konkretnej uczennicy, czegokolwiek o nim czy o niej, najmniejszej choćby wzmianki mogącej być świadectwem zindywidualizowanego spojrzenia diagnosty. Żaden ze mnie Holmes czy inny Rutkowski, więc najpewniej w jakimś tam stopniu był to wynik moich niewielkich zdolności detektywistycznych – niemniej niezbyt często udawało mi się znaleźć najmniejszy choćby ślad, który mógłby świadczyć o obcowaniu człowieka (zwanego psychologiem czy pedagogiem) z człowiekiem (zwanym dzieckiem czy uczniem). Niedawno zresztą miałam wątpliwą przyjemność znowu zajrzeć do tego rodzaju dokumentu, kiedy koleżanka poprosiła mnie o przeczytanie opinii na temat swojego dziecka z desperackim pytaniem, co to wszystko znaczy i co ona ma z tym zrobić. Odpowiedziałam po przeczytaniu przydługiego wywodu pani wychowawczyni – że na moje to nie znaczy zupełnie nic i nic się nie da z tym zrobić, niemniej poczułam dreszcz obrzydzenia, zwłaszcza że w rubryce zatytułowanej bodaj “Szczególne zdolności ucznia” pani nauczycielka po ładnych paru miesiącach znajomości z delikwentem wpisała jedynie kreskę oznaczającą ich domniemany brak.
Tymczasem ja, choć obiekt tego opisu widziałam może ze trzy razy w życiu, wiedziałam, że ma naprawdę duże zdolności sportowe i niemałe kompetencje społeczne, a poza tym z pewnością pewne zdolności przywódcze – bo gdy szło o zwołaniu kolegów na piłkę, okazywało się, że ów niezdolny uczeń zagrożony niedostosowaniem, opóźniony w nauce etc. etc. naprawdę znakomicie się ogarnia.
I tak oto – wskutek przeczytania newslettera i uruchomienia niezbyt wartkiego, ale w pewnym stopniu efektywnego procesu wspomnieniowo-analitycznego doszłam do smutnego skądinąd wniosku, że posyłanie naszych dzieci do szkoły (w której nauczyciele rozdają zadania z gotowców i/lub rozmaitych obudów czy generatorów uczniom, którzy następnie rozwiązują ją przy użyciu wiadomego chata, by otrzymać ocenę wyliczoną przez maszynę lub zredagowaną przez AI) – wydaje się nie mieć już naprawdę żadnego sensu. I być może są gdzieś szkoły wolne od tego procederu – niemniej obawiam się, że mieszczą się niekoniecznie nieopodal naszej wsi, i obstawiam, że są raczej marne szanse, iż pozostają w naszym finansowym zasięgu.