#23 Jak (nie) posłałam dzieci do szkoły…

Agnieszka Piwowarczyk
0 komentarze

Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.

Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.

Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji  (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.

We wtorek, pierwszego dnia (naszych) wakacji

Wakacje w edukacji domowej są kategorią – jak się okazuje – dosyć osobliwą. Nie mają bowiem określonego, narzuconego z góry początku i końca, a ich daty graniczne i czas trwania zależą przede wszystkim od ucznia (czy – jak w naszym przypadku – uczennicy). Ponieważ zaś wczoraj nasza najstarsza zdała ostatni (z dwóch) egzaminów, nasze wakacje zaczynają się właśnie dziś, kilka tygodni wcześniej niż w ogólnym kalendarium roku szkolnego 2025/2026. 

W związku z tymi okolicznościami po głowie chodzą mi dwie kwestie. 

Pierwsza z nich dotyczy naszego rodzinnego (nie)ogarnięcia. Ponieważ mieliśmy – jak już wspominałam w którymś z tych felietoników – dosyć długi rozbieg i za mniej więcej sensowną pracę naukową zabraliśmy się późno i niekoniecznie konsekwentnie, egzaminy zdawaliśmy równie późno i przygotowania do nich przypadały na czas, kiedy pogoda niezbyt zachęcała do siedzenia nad zadaniami. Nie powiem, żebyśmy z jakimś szczególnym zapałem tłukli egzaminacyjne arkusze czy inne karty pracy, ale przyzwoitość nakazywała zapoznanie się z różnymi typami zadań i zagadnień, więc trzeba było jednak spędzić trochę czasu w trybie “papier i ołówek”. Bywało to trudne i frustrujące, zwłaszcza w te dni, kiedy warunki biometeorologiczne były korzystne i zachęcały raczej do wyruszenia w świat realny niż do mierzenia się z uproszczoną wizją świata odwzorowaną w ćwiczeniach dla pierwszoklasistów. W związku z tym doświadczeniem powzięliśmy więc postanowienie, że w kolejnym roku mobilizujemy się egzaminacyjnie w czasie paskudnym, tj. od przedzimia do przedwiośnia, coby uniknąć podobnej wiosennej gehenny. Czy nam się to uda – się okaże, ale te nasze pierwsze niezapomniane doświadczenie przygotowań do egzaminów raczej nieprędko pozwoli o sobie zapomnieć, dzięki czemu być może kolejny rok szkolny będzie nieco mniej frustrujący.

Druga z zasygnalizowanych powyżej kwestii dotyczy już samych wakacji, a właściwie szczególnego pędu do tego, by je jakoś organizować, a najlepiej wypełniać atrakcyjnymi aktywnościami, raczej niezależnie od własnych preferencji, predyspozycji i (zwłaszcza finansowych) możliwości. Ciekawi mnie bardzo, czy ten pęd ma w większym stopniu źródło w mojej wewnętrznej (osadzonej w wartkim temperamencie i niejakiej nadpobudliwości) dynamice czy raczej jest wynikiem zewnętrznych społecznych presji i oddziaływań marketingowych – ale ponieważ wydaje się to sprawą trudną albo i niemożliwą do rozstrzygnięcia (coś w stylu “Co było pierwsze – jajko czy kura?”), to raczej odpuszczę sobie dłuższe dywagacje na ten temat. Bardziej ważkie i sensowne wydaje się zadanie pytania, czy te planowane atrakcje są nam (rodzicom) i naszym dzieciom niezbędne, a może nawet i potrzebne. Rzecz jasna, to, że czasu jest nieco więcej, a pogoda sprzyja aktywności outdoorowej nieco częściej niż w innych momentach roku, z pewnością skłania do odpowiedzi pozytywnej. Ja jednak myślę, że być może warto by spojrzeć na ten wakacyjny czas raczej jako na okazję na złapanie oddechu i odkrycie, jak bardzo można się rozsmakować w zwyczajnym, niespiesznym życiu. To nasze “wolne” może naprawdę być “wolne” – i to z całą tego przymiotnika wieloznacznością, która zaprasza do uwolnienia się od oczekiwań (i związanych z nimi przymusów czy presji) i do zwolnienia – tempa, rytmu czy choćby i kroku. Obserwuję co i rusz nie tylko w mojej codzienności, ale też w pracy gabinetowej, jak bardzo chcemy sobie dokładać (zadań, działań, sposobów), podczas gdy najbardziej potrzebujemy odpuszczenia sobie różnych spraw i poczucia winy związanego z tą rezygnacją. 

Życzę więc wszystkim (nie tylko tym, którzy doczytają ten tekst do końca) i sobie samej właśnie tego: żeby to wolne było naprawdę wolne – od pośpiechu, napięcia i wszelkich (wewnętrznych i zewnętrznych) presji.

Może Cię zainteresować:

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności

Weź udział w II Unconference e:mi!

⏰ 11 maja, 18.00
📍 Widzimy się na Zoom!

Udział bezpłatny · limit 100 miejsc