Z pamiętnika wiejskiej przedszkolanki
Wszystkie opisane tu sytuacje miały miejsce naprawdę. Wydarzyły się w jednym z oddziałów przedszkolnych wiejskiej szkoły podstawowej. Imiona i nazwiska zostały zmienione, lecz podobieństwo do wielu miejsc w Polsce wydaje się nieprzypadkowe
Nieszczególnie zależało mi na tej pracy, więc uznałam, że mogę sobie pozwolić na odrobinę awangardy. Nie miałam zamiaru chodzić z dziećmi nocą po lesie jak Janina Duszejko, ale wiedziałam, że taką całkiem tradycyjną przedszkolanką to ja nie będę. Byłam po szkoleniu z planu daltońskiego, po kursie Montessori i kilku latach słuchania Agnieszki Czeglik, Marzeny Żylińskiej, Sowińskich i Sawickich. Na półce kurzyły się materiały Doroty Dziamskiej, teorie Lwa Wygotskiego i Jeana Piageta. Nie miałam konkretnego planu ani czasu na przygotowanie autorskiego programu, jednak postanowiłam iść za głosem serca i zmienić cokolwiek w tym kawałku edukacyjnego świata, który właśnie mi powierzano z powodu braku innych chętnych do tej pracy.
Na pierwsze spotkanie z rodzicami przygotowałam listę potrzebnych „przyborów przedszkolnych”. Znalazły się na niej: kalosze, peleryna lub kurtka przeciwdeszczowa, suche ubrania na zmianę (skarpet nawet 2-3 pary), blok rysunkowy i teczka formatu A3, farby plakatowe i plastelina. Sama też kupiłam blok A3 w sąsiedniej wsi, więc mogłam go pokazać, powiedzieć, ile kosztuje i gdzie można taki kupić. Wyjaśniłam, że im młodsze dziecko, tym większą powinno mieć kartkę, co wiąże się z rozwojem motorycznym i planowaniem ruchu. Jeden tata od razu uznał to za niepotrzebne wymysły, czym rozczulił mnie, bo właśnie tego się spodziewałam – oporu i drwin.
Spodziewałam się też, że rodzice zażądają zwolnienia mnie po pierwszym spacerze w deszczu, ale zamiast tego po kilku miesiącach pracy usłyszałam od mamy Jasia, że hartuję dzieci codziennym wychodzeniem na świeże powietrze i według niej to właśnie dlatego w połowie sezonu grypowego w naszej grupie tylko jedno dziecko chorowało, a w innych przedszkolach prawie wszyscy. Rodzice generalnie okazywali zadowolenie z moich chaotycznych zajęć outdoorowych. Wprawdzie tata Eli prosił czasem, żeby jego zakatarzona córeczka nie wychodziła „na to zimno”, lecz skończył, gdy pewnego razu, zamiast odesłać ją do świetlicy szkolnej na czas naszego skakania po kałużach, powiedziałam, że przedszkole jest dla dzieci zdrowych, bo przeziębione zostają w domu.
Mama Damianka z kolei dziwiła się, że dostaje tak mało prac plastycznych i kart pracy swojego syna, bo w poprzednim przedszkolu otrzymywała ich mnóstwo. Wyjaśniłam jej, że widzę, jak dojrzale Damianek radzi sobie z takimi zadaniami, więc nie chcę banalnym dla niego malowaniem przerywać mu zabaw, w których ćwiczy umiejętności społeczne, gdyż to dla mnie dużo cenniejsze – nawet jeśli grozi karczemną kłótnią przy zespołowej budowie drogi z klocków. Chyba zrozumiała.
Ekspozycja na naszej tablicy korkowej zaniepokoiła kiedyś jedną pierwszoklasistkę, siostrę Jasia, która zapytała mnie, dlaczego wśród kilku podobnych do siebie obrazków nie ma pracy jej brata. Odpowiedziałam spokojnie: Bo wolał się bawić autami, gdy inni rysowali. Wtedy zaczęła karcić swojego brata za nieposłuszeństwo i lenistwo. Przerwałam jej i wyjaśniłam, że Jasiu nie miał obowiązku rysować, bo to robili tylko chętni i u nas zawsze tak będzie. Obowiązkowa siedmiolatka wychowana pod pręgierzem przymusu była w szoku, a jej brat po kilku tygodniach chwycił za pędzel i zawiesił swoją pracę na tablicy korkowej. Znowu było źle, bo krzywo i samodzielnie, a to przecież ja powinnam wieszać prace dzieci, o czym ambitna pierwszoklasistka nie omieszkała mnie poinformować, ale nie ugięłam się pod jej krytyką i dalej robiłam swoje.
Ze strony rodziców na co dzień czułam duże wsparcie, wyrozumiałość i życzliwość. Korzystałam z tego na przykład, gdy szukałam sposobu na wycieczkę naszej małej grupy. Wynajęcie busa okazało się strasznie drogie, więc zabrałam dzieci w podróż podmiejskim autobusem. Uprzedziłam wcześniej właściciela firmy przewozowej, że wsiądę na przestanku koło szkoły z dziewięciorgiem dzieci i jedną dodatkową osobą do pomocy (za pierwszym razem była to praktykantka, za drugim mama Marcinka). Drżałam ze strachu, gdy w autobusie zrobiło się tłoczno. Wiedziałam, że nie przeciśniemy się do dziecka, które zacznie wymiotować, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a przejazd podmiejskim autobusem był dla dzieci największą atrakcją. Za pierwszym razem zwiedziliśmy muzeum miejskie – bez przewodnika, żeby nie przynudzał. Dla dzieci najciekawsze było, że zamiast prostych sufitów zobaczyły tam krzyżowe sklepienia z czerwonej cegły, jakich nigdy wcześniej nie widziały. Elę, naszą grupową artystkę poznającą z zapałem alfabet, zainteresował sekretarzyk – nie znała wcześniej takiego mebla. Za drugim razem udaliśmy się do naszej cudownej biblioteki powiatowej z miękkim dywanem, labiryntem między regałami i mnóstwem zaskakujących książek. Uznałam, że moje przedszkolaki z rodzicami i nauczycielami starszych klas mogą nigdy tych miejsc nie odwiedzić. Pomysł, by jechać z małymi dziećmi w zatłoczonym autobusie był nieco szalony, ale nikt z rodziców go nie zakwestionował.
Tylko dwa razy udało nam się pojechać na taką wycieczkę, ponieważ trudno mi było znaleźć dodatkowego opiekuna, a z czasem kłopotem stało się zatwierdzenie karty wycieczki przez dyrektorkę – często nieobecną i z miesiąca na miesiąc coraz gorzej do mnie nastawioną. Nasze edukacyjne i życiowe priorytety dzieliła przepaść.
W ciągu roku szkolnego miałam lepsze i gorsze chwile. Czasem z zapałem zakładałam dzieciom skoroszyty z indywidualnie przydzielanymi łamigłówkami, wycinałam wizualizacje i uczyłam się razem z nimi nowych zabaw, a czasem z rezygnacją przyklejałam jakieś śnieżynki lub tulipany na szybę, żeby spełnić życzenie dyrektorki skoncentrowanej na wizualnych efektach pracy przedszkola. Wiele chciałam tam zmienić i planowałam nawet, jak lepiej przeprowadzić niektóre działania w następnym roku szkolnym, jednak konflikt z dyrektorką przesądził o moim odejściu. Mimo otwartości rodziców i braku jawnej krytyki ze strony innych nauczycieli, nie miałam siły na dokonywanie wymarzonych zmian. Moją energię pochłaniały starania o bardzo podstawowe rzeczy. O apteczkę z nie przeterminowanymi materiałami opatrunkowymi, która pojawiła się dopiero w sierpniu po kontroli sanepidu. O bezpieczną przestrzeń dla dzieci, gdy dyrektorka zabroniła mi wypraszania z przedszkola szósto- i siódmoklasistów, nawet gdy zachowują się niekulturalnie i agresywnie, bo wśród nich są dzieci radnych i nauczycieli. O nie oczernianie mnie przed rodzicami, a rodziców przede mną. O wydarzenia, na które dyrektorka zbierała pieniądze i nigdy ich nie organizowała, a mnie zbywała mętnymi tłumaczeniami, gdy o to pytałam. O dziennik zajęć opiekuńczyńczych na dni wolne od nauki szkolnej, bo jako pierwsza w historii tej szkoły przedszkolanka przychodziłam w te dni do pracy, aby rodzice przedszkolaków również mogli pracować.
Po roku moja umowa wygasła, a ja razem z nią. Tęskniłam za tą wsią, gdzie miałam dzieci w różnym wieku, grupę nieprzekraczającą dziewięciu osób, rodziców otwartych na zmianę, nauczycieli życzliwych lub zbyt obłudnych, żeby mnie wprost krytykować. Tęskniłam za dziećmi i poczuciem sprawczości. Wiejskie środowisko zaskoczyło mnie otwartością na zmianę i bezsilnością wobec miejscowych układów, które pozwalają dyrektorce czuć się bezkarnie. Już w połowie stycznia poinformowałam przełożoną o swojej rezygnacji, więc zdążyłam pod koniec wakacji poznać moją następczynię – młodą i bardzo przywiązaną do najgorszych przedszkolnych konwenansów. Przepracowała w tej szkole również rok i odeszła.
Umowy kolejnych przedszkolanek wygasają, a dzieci i rodzice zostają w tej patowej sytuacji.