Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W Adwencie, ale jakoś tym razem bez szczególnych oczekiwań
Gdy jakiś czas temu prowadziłam kursy w przyszpitalnej szkole rodzenia, powtarzałam słuchaczom, że parentingowy internet to przedsionek piekła, do którego wchodzi się na własną odpowiedzialność, a więc taka przestrzeń, wobec której znajduje zastosowanie ukute w zupełnie innym kontekście hasło: “Najlepsze wyjście – nie wchodzić”. Raz na jakiś czas jednak w różnych okolicznościach daję się (niekiedy wyłącznie samej sobie) namówić do zajrzenia do pewnych zakamarków tejże przestrzeni – i prawie zawsze kończy się to poczuciem, że nie było warto się złajdaczyć i postąpić wbrew własnemu przekonaniu.
Ostatnio więc wylądowałam w kilku związanych z aktywnościami naszych dzieci rodzicielskich grupach, które miały służyć głównie przekazywaniu informacji organizacyjnych dotyczących powiązanych z nimi spotkań czy wydarzeń, a stały się – zupełnie nie wiadomo kiedy i jak, i dlaczego – osobliwymi fora parentum, na których obok stosunkowo nielicznych treści informacyjnych związanych z tematem przedsięwzięcia pojawiały się wrzutki osobiste (“Córka jest w drodze, ale jedzie z tatą, więc nie wiem, czy się ogarnęli i wszystko zabrali hehehe”), dyskusje poboczne (np. o sprzęcie RTV/AGD), a przede wszystkim moje przenajulubieńsze narzekania (zazwyczaj na system, względnie na rozmaite przywary tego czy tamtego “mojego starego”) oraz autolaudacje (co zrobiłam, robię czy zrobię i jaką jestem supermatką). Moja odporność na tego rodzaju zjawiska socjologiczne nigdy nie była szczególnie wysoka, a odkąd wymiksowałam się z tzw. mediów społecznościowych jeszcze bardziej spadła – dlatego w ramach listopadowego dbania o siebie zrezygnowałam z udziału we wszystkich tych grupach i podgrupach, co przyniosło mi oczekiwaną i wymierną ulgę.
Żeby nie było – bardzo lubię dzielenie się doświadczeniem (w zasadzie jako terapeutka humanistyczno-doświadczeniowa zajmuję się zawodowo zapraszaniem do współtowarzyszenia w doświadczeniu). Mam jednak wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości zanika – w ludziach w ogóle, ale w rodzicach jakoś szczególnie – odruch bezinteresownego dzielenia się sobą, nie w formie autoprezentacji (która z samej swej natury skłania do porównań i ocen), ale odsłonięcia się w tym, co osobiste i autentyczne. Wiem, że wymaga to i wglądu, i odwagi, i zaufania (“boję się i robię”), i przełamania wstydu – ale daje też fantastyczną okazję do prawdziwego, naprawdę ubogacającego spotkania.
Kiedy już ładnych parę lat temu brałam udział w spotkaniach grupy wsparcia dla mam niemowlaków, miałam okazję doświadczyć, jak bardzo uwalniające i inspirujące może być takie spotkanie. Choć na początku większość pań próbowała autoprezentacji, opowiadając jedynie o wspaniałościach macierzyństwa, to pod koniec drugiego spotkania nagle ta narracja posypała się w drobny mak – nie sama z siebie, ale dzięki wyznaniu jednej z uczestniczek, która tłumiąc łzy żalu, powiedziała, że bardzo zazdrości wszystkim perfect mothers, ale ona próbuje wyjść z ciężkiej depresji poporodowej, uwolnić się od poczucia winy i po prostu jakoś ogarniać. Dzięki temu szczególnemu comming outowi w grupie nagle doszło do nowego otwarcia i zaczęło się prawdziwe dzielenie się – i tym, co trudne, i tym, co piękne, i tym, co trudne i piękne zarazem.
Bardzo tęsknię za takimi spotkaniami, zwłaszcza w kontekście tej szczególnej samotności i niepewności, która – jak sądzę – jest nieodłączną częścią bycia mamą edukującą domowo, której wciąż brakuje wzorów i przykładów, która nie może odnieść się do niczego poza rozmaitymi internetowymi laurkami, która każdego dnia mierzy się z pytaniem: “Czy na pewno dobrze robię?”. Wątpię jednak, czy takie doświadczenia są możliwe w przestrzeni wirtualnej – póki co więc szukam ich sobie (i niekiedy nawet znajduję) gdzieś w pobliżu mojej codzienności.