#12 Jak (nie) posłałam …

Agnieszka Piwowarczyk
0 komentarze

Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.

Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.

Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji  (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.

W weekend, gdzieś między wakacjami a początkiem roku (nie)szkolnego

U schyłku wakacji, w dzień (a jakże by inaczej!) wolny od pracy dokonałam niezwykłego wyczynu – w ciągu niespełna czterech godzin zepsułam oba nasze auta i to na tyle skutecznie, że przez kolejny tydzień żadne z nich nie dawało się do tego, by przewozić nim czwórkę nie za dużych dzieci. I nie byłaby to jakaś szczególna tragedia, bo stosunkowo często przytrafiają się nam kilkudniowe epizody nieużywania samochodu (bo lubimy nasz las, zwłaszcza latem, bo wolimy przemieszczać się po okolicy pieszo czy też rowerami itp., itd.) – gdyby nie fakt, że w następnym tygodniu nasza najstarsza dziewczynka była zapisana na tzw. półkolonie, co oznaczało, że codziennie o godzinie 10:00 miała znaleźć się w nieodległym mieście, do którego autem dojeżdżamy w kilka do kilkunastu minut, ale rowerami z bandą kilkulatków zajmuje to już raczej kilkadziesiąt minut. Zasadniczo – rano nie do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli ma się być gdziekolwiek na czas, o czasie czy chociażby zmieścić się w limicie tzw. akademickiego kwadransa.

W takich to okolicznościach rozpoczęła się nasza pięciodniowa przygoda z komunikacją podmiejską w roli głównej. Pomijając fakt, że do najbliższego przystanku trzeba od naszego domu wędrować mniej więcej 15 minut (na szczęście okoliczności przyrody i aura były bardzo sprzyjające), same podróże autobusami okazały się całkiem przyjemne, choć po trzech dniach doszłam do wniosku, że chyba nigdy w życiu nie byłam aż tak zmęczona. Męczące było jednak nie tyle albo nie tylko dojeżdżanie do miasta, co spędzanie tu czy tam tych kilku godzin, w czasie których trwały rzeczone zajęcia. Szczególnie zaś trudne było to bycie na widoku i słuchanie najrozmaitszych komentarzy na temat naszej rodziny – bo niestety, matka z czwórką małych dzieci bardzo rzuca się w oczy i z jakiegoś powodu większość napotkanych ludzi ma poczucie, że należy ten fakt socjokulturowy jakkolwiek zaopiniować lub chociażby wykrzesać z siebie jakąś mniej lub bardziej przychylną reakcję. Nie rozumiem tej konieczności i przenajszczerzej tego bycia obiektem nie cierpię, staram się go unikać (nie chować się, ale i nie rzucać się w oczy) – co jest zdecydowanie łatwiejsze we własnym samochodzie, ale autobusie czy na miejskim chodniku nie jest łatwo być półwidzialnym z czwórką dzieciaków. 

Szukałam więc w sobie sposobów bycia wobec tych obcych ludzi, którzy widzą i wiedzą (co sądzić na nasz temat), ale niemal każdy okazywał się niekoniecznie skuteczny. Ani uprzejmość (uśmieszki i potakiwania, względnie jakiś sympatyczny small talk), ani asertywność (po kilkudziesięciu godzinach treningu umie się to i tamto;-)) nie pozwalały osiągnąć oczekiwanego efektu zamknięcia (czyjejś paszczy czy po prostu sytuacji). Zadziałała jednorazowa cięta riposta, która wypadła mi z głowy ( i z ust) zupełnie znienacka, gdy na wypowiedziane przez pudrowaną pańcię zdanie: „Współczuję pani!” (to do mnie, w kontekście bycia mamą czterech fajnych dzieciaków), odparowałam: „A ja uważam, że powinna mi pani zazdrościć”. Nie zawsze jednak da się tak elegancko kogoś załatwić, brakuje jednak zasobów i refleksu. Niemniej  znalazłam (a właściwie podpatrzyłam u naszych dzieci) jeden niezawodny sposób, który wygaszał w zasadzie każdego interlokutora – a był to brak reakcji, czyli poker face i milczenie. Nazwałabym to zawieszeniem w kontakcie czy odpuszczeniem interakcji. Trzeba mieć przy tym pewną odporność na zażenowanie, bo to jednak ludzi konfunduje, ale ważniejsze, że najczęściej skłania do odwrotu. I to niekiedy dosyć dosłownie:-)  

Ta nasza przygoda naprawdę dała mi do myślenia (choć trochę też do wiwatu), ale przede wszystkim utwierdziła w przekonaniu, że w dzisiejszym świecie najbardziej radykalną i bardzo rzadko występującą postawą jest dyskrecja (odzwierciedlająca się chociażby w niegapieniu się na innych ludzi i nieuraczaniu ich swoimi komentarzami), związana także z powstrzymaniem się od natychmiastowych, odruchowych, oceniających sądów na temat wszystkich i wszystkiego – ale też od reagowania na nie. Proszę to sprawdzić: najprościej powiedzieć w towarzystwie w ramach dyskusji proste: „Nie mam zdania na ten temat” – i obserwować reakcje. To naprawdę ciekawe doświadczenie psycho- i socjologiczne.

No ale… Co to wszystko ma właściwie do edukacji domowej?

Po pierwsze, gdyby nasze dzieci były w placówkach, rzadko zdarzałoby nam się przemieszczać z całą czwórką – a więc i mniej byśmy rzucali się w oczy. Zresztą już sam fakt, że dzieci nie chodziły i nie chodzą do żłobków ściąga uwagę i skłania do wyrażania najczęściej formułowanych ad hoc opinii. Ale mniejsza teraz o to. 

Po drugie, ta komunikacyjna przygoda uświadomiła mi dobitnie, że w edukacji domowej najbardziej lubię te momenty, kiedy to ja uczę się od naszych dzieci – bo one są naprawdę geniuszami bezpretensjonalności. Nie przejmują się tymi różnymi gadkami (ignorują odruchowo, cudowne to jednak) i spojrzeniami – i mają w sobie niesamowitą życzliwość, bo w zasadzie każdemu (nawet współczującej pańci!) potrafią podarować jakiś kawałek dobra: uśmiechu, spostrzeżenia czy komplementu. Poza tym mają tę fantastyczną umiejętność bycia tu i teraz, w konkrecie doświadczenia, a nie ciągle gdzie indziej (w urazach z przeszłości czy zadaniach zza chwili albo w nieustannym opiniowaniu). Mam przekonanie, że to właśnie z tej życzliwości i obecności w dużym stopniu zostałam wyedukowana przez system – ale widzę też, że dzięki wymiksowaniu się z tegoż systemu mam szansę to (w) sobie odzyskać i uwolnić się od własnej przemądrzałości. Bo – tak, tak, szanowni państwo! – w edukacji domowej uczą się nie tylko dzieciaki, ale także (a może i przede wszystkim) ich niekoniecznie wszystkowiedzący rodzice.

Może Cię zainteresować:

Zostaw komentarz

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności