Wakacyjne uziemienie

Maria Drozdowicz
0 komentarze

Jak wakacje, to aktywnie. Pojechać tam, gdzie od dawna planowałam, pozwiedzać, pochodzić po górach, powspinać się, wieczorem wykąpać się w jeziorze, w nocy porozmawiać przy ognisku, a rano wsiąść na rower. Poczytać dla przyjemności, nadrobić zaległości kinowe, spotkać się z dawno niewidzianą przyjaciółką. Zorganizować obóz, a potem dobrze się na nim bawić. W międzyczasie nie zapomnieć o babci, treningach, codziennych obowiązkach; zdjąć pranie, zanim zacznie padać. Wszystko oczywiście w czasie krótkiego urlopu, wziętego po to, by wypocząć i z nową energią wrócić do pracy.

Tak miało być i w tym roku. Drugi dzień urlopu. Dotarliśmy w Dolomity. Namioty rozstawione, plecaki rozpakowane i na nowo spakowane, wszystko zaplanowane, droga wybrana, pogoda dopisuje – wspinanie czas zacząć. Idzie nam dobrze, zostały dwa ostatnie wyciągi do pięknego, widokowego szczytu, przerwy na przekąskę i łapanie w żagle przyjemnego wietrzyku. Ale nagle – zonk. Nie dałam rady tak, jak chciałam. Odpadłam od ściany, poleciałam w dół i z nieplanowanym impetem kopnęłam w ścianę. Szpital, orteza, kostka złamana; czerwone szybkie kule.

I co teraz? No właśnie nic. Siedzenie na tyłku. Kontemplacja. A co by było, gdyby…? I tak dalej. Szarpiąca z każdej strony za rękawy bluzy nuda. Rozrywająca rodzące się w głowie pomysły niemoc. Dookoła przyjaciele, gotowi podsmażyć dla mnie na patyku własne serce zamiast kiełbaski – a mi tak głupio prosić o pomoc, bo przecież powoli, ale mogę zrobić wszystko sama.

Chociaż chyba jednak nie mogę. Bo męczy, boli, wydaje się ośmieszające, chociaż nie jest. Doświadczam codziennego, karcącego trudu. Idą na plażę, ja też chcę na leżak i pomoczyć nogę w zimnym górskim strumieniu, ale nie mogę dogonić, poddaję się, zawracam. Po wejściu do namiotu „na fokę” albo „na pingwina” albo „na klęczkach” chcę już w nim zostać owinięta śpiworem, z tęczą obrzęku na bolącej stopie pogrążyć się w znudzonym, a jednak pochłaniającym resztki moich sił półśnie. Ale oni mi nie dają, za drugą, służącą za pierwszą i jedyną nogę wyciągają mnie z mojej nory rozżalenia i wywożą na lody. Patrzę, ale nawet na nie nie mam ochoty, chociaż się uśmiecham, to nie zjadam. Zamiast pistacji, czuję jednak smak wdzięczności, zamiast spływających po wafelku roztopionych lodów, czuję skapującą dobroć. Muszę nauczyć się ją mieścić, przyjmować, nie dwie, nie trzy gałki, ale całą, nie do przejedzenia porcję spływającej niespodziewanie troski. 

Mija właśnie trzeci tydzień mojego uziemienia. Nauczyłam się przyjmować i doceniać pomoc oraz akceptować ograniczenia – własne i zewnętrzne, każdego dnia na nowo odkrywane. Chociaż dobrze mi idą kulawe manewry, nie do pokonania stają się długie dystanse. Wysiadanie ze środków transportu publicznego w więcej niż połowie przypadków kończy się niepowodzeniem i przejechaniem stacji czy przystanku; nie da się iść, gdy autobus jedzie, nie zdąża się wysiąść, gdy się zatrzymuje. Ciężkie drzwi wymagają nie lada siły woli i afirmacji nieprzytrzaśnięcia; kawa musi zostać wypita tam, gdzie została zaparzona – nie sposób doskakać do biurka z pełną filiżanką. Świat zwalnia do tempa muchy w smole, a zwinność wykonywania codziennych czynności redukuje się do poziomu słonia w składzie porcelany. 

Mija właśnie trzeci tydzień mojego uziemienia. A ja uczę się przyjmować i doceniać czas realnie wolny oraz pozwalać sobie na regenerację. Czuję niewygodę opuszczającego mnie napięcia. Zastanawiam się nad rzeczami, na które już dawno nie było miejsca w mojej głowie, w biegu codzienności: czy w jakimś innym kraju oprócz Polski jada się porzeczki? Czy, kiedy ludzie myślą „armada”, to mają na myśli jakąkolwiek flotę, czy też konkretnie Wielką Armadę hiszpańską? Do czego mogłoby posłużyć człowiekowi odkrywanie właściwości ciemnej materii? Mam przestrzeń na usłyszenie własnych myśli, konfrontację ze spychanymi na bok niewygodami oraz na decyzje – nie te impulsywne, wynikające z kołowrotka działania i zdarzeń, ale na te wyradzające się z potrzeb i chceń.

Mija właśnie trzeci tydzień mojego uziemienia. A ja uczę się wytwarzać sobie w tej sytuacji nowy rodzaj wolności. Dostrzegam przywilej niebiegnięcia. Wymyślam nowe sposoby wykonywania tych samych czynności i usprawnienia w taktycznym rozkładaniu przedmiotów. Z dumą i przyjemnością przyjmuję wyzwanie przebudowywania codzienności. W radości odliczam dni do pierwszego spaceru – spokojnego, niespiesznego, niedalekiego, o własnych siłach. Cofam się do pierwotnego znaczenia słowa vacātiō, które z łaciny oznaczało uwolnienie lub zwolnienie; czasownik vacō, vacāre – bycie pustym, opróżnionym, zwolnionym od czegoś. Jak wakacje, to odprężenie systemu nerwowego.

Jaka nauczka ze złamanej nogi? Wcale nie taka, że gdyby kózka. Kózki mają to do siebie, że skaczą i skakać będę. Pokory można się uczyć na wiele innych sposobów, poczynając od uznania własnych błędów i ograniczeń, poprzez zrozumienie, jak wielkim przywilejem dysponują na co dzień ludzie o pełnej sprawności fizycznej, i jak wiele przydatnych wynalazków codzienności, okazuje się zawadzającymi lub niedomyślanymi – bo nie biorą pod uwagę nawet maleńkich odstępstw od sprawnej normy. Dzięki trzem tygodniom unieruchomienia wykształcam w sobie nową skalę podziwu, wrażliwości i zrozumienia dla osób o ograniczonych możliwościach poruszania się. I czuję się głupio z tym, że sama musiałam spaść w przepaść, by naprawdę zrozumieć rzecz tak oczywistą: jak wiele trudu i odwagi wymaga od osób z niepełnosprawnościami obecność w przestrzeni publicznej, nie wspominając już o samodzielnym funkcjonowaniu, czy podejmowaniu jakichkolwiek aktywności dodatkowych, jak uprawianie sportów. 

Moje wakacyjne uziemienie już niedługo minie, chcę jednak, by doświadczenie to zrosło się ze mną, jak zrasta się moja kość. Mam nadzieję, że moje kule u nogi zostawią we mnie również inne ślady niż tylko odciski na dłoniach: wdzięczność, pokorne wspomnienie trudu i otrzymanego dobra, radość z małych-wielkich zwycięstw. 

Może Cię zainteresować:

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności

Weź udział w II Unconference e:mi!

⏰ 11 maja, 18.00
📍 Widzimy się na Zoom!

Udział bezpłatny · limit 100 miejsc