Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
Świątecznie, gdzieś między szałem ogarniania a prostym “whatever”
I znowu o planach i tym jak się mają do rzeczywistości – bo jednak przed świętami jakoś jeszcze łatwiej niż czasie zwykłym dać się wywalać z bycia „tu i teraz” w bycie „gdzieś za chwilę” albo w bycie „gdzie indziej”. To i owo trzeba przecież ogarnąć z wyprzedzeniem, na zapas czy na zaś – a codzienność jakoś niekoniecznie się wtedy rozciąga bardziej niż zwykle. Ale…
Na kilka dni przed Wigilią zorientowałam się, że ogarnęłam wcale, co kto ma przygotować – a w zasadzie że tym nijak nie zarządziłam, a zdaje się, że powinnam, bo w tym roku mieliśmy spotkać się z najbliższą rodziną w naszym własnym domu. Mniejsza o to, co sobie o sobie w związku z powyższym pomyślałam – grunt, że gdy nieśmiało zagaiłam temat w rozmowie z moją mamą, okazało się, że w zasadzie nie ma o czym gadać, bo sprawa jest ogarnięta, a każdy ma przygotować to, co zawsze (cokolwiek miałoby to znaczyć). Nie wiedziałam więc w zasadzie do godziny zero, co kto przyniesie – ale wiedziałam, co sama mam zrobić (na tyle jednak jestem ogarnięta, żeby pamiętać, co siekam, gotuję i przyprawiam rokrocznie od x lat). Ostatecznie niczego nam na stole nie zabrakło, ale też prawie nic nie trafiło do kosza, bo zostało rozdysponowane/zamrożone/oddane.
W życiu bym tego sama tak dobrze nie zaplanowała.
Co więcej, zorganizowaliśmy w tym adwencie (już któryś raz) drzewko Jessego, dekorowane w miarę na bieżąco, nadążaliśmy też przy tym z odpominaniem biblijnych historii i robieniem zadań z dzieciakami (z gotowej książeczki, dzięki Bogu, ktoś był łaskaw takie cudo wydać i nam sprzedać). I jeszcze, na dzień przed wigilią w naszym domu odbyła się produkcja ciasteczek niby-piernikowych (*uwaga ortograficzna – od 1 stycznia zgodnie z decyzją znamienitej Rady Języka Polskiego należy już to zapisać inaczej, a mianowicie „nibypiernikowych” ), które następnie zostały udekorowane i zjedzone, względnie podarowane dziadkowi i babciom. Żadnego z tych dokonań nie popełniliśmy w poprzednich latach, choć miewałam to na swoich listach “to do”, wśród licznych innych absolutnie koniecznie niezbędnych aktywności.
Ale… Być może ktoś by chciał teraz zapytać z lekką irytacją: „No i co z tego?” – bo jednak (wbrew intencjom piszącej) można to krótkie poświąteczne sprawozdanie odczytać jako jakiś rodzaj autolaudacji. Nic bardziej mylnego.
Piszę o tym wszystkim głównie dlatego, że dosyć dobrze ta nasza mała historia rodzinna oddaje, o co w tym całym planowaniu chodzi – bo przecież nie o to, by kompulsywnie planować, a od realizacji planów uzależniać poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości (choć doświadczenie osobiste i gabinetowe poucza, że bardzo często bywa, iż jesteśmy niewolnikami własnych planów i fantazji, niestety). Ani też o to, by lista zadań miała odzwierciedlać naszą sprawczość, wydajność czy pozwalać uniknąć tego przeobrzydliwego stanu zawieszenia pomiędzy niemocą a bezradnością. Ani tym bardziej nie o to, żeby nasze aktywności i działania były zdeterminowane bardziej planem niż bieżącą potrzebą i aktualnymi możliwościami.
Myślę sobie, że planowanie jest nam potrzebne o tyle, o ile pozwala być bliżej – siebie i innych ludzi, unikając przy tym pułapki oczekiwań i frustracji (że czegoś zabrakło, choć brak ten był do przewidzenia – albo że za dużo jest na raz ostatecznie do zrobienia itp., itd.), wypominania, dociskania i poganiania (się). Dobrze też przy tym pamiętać (co nawet niekiedy mi się udaje), że harmonogram to nie to samo, co dany nam czas, a plan to nie to samo, co nasza codzienna życiowa przestrzeń – czyli że (jak już dawno stwierdził ktoś mądrzejszy ode mnie) mapa to nie terytorium (które od mapy zawsze jest o wiele bardziej fascynujące).