Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
Wtorek, w tzw. okienku w pracy
Kiedy raz na jakiś czas przytrafia mi się znienacka godzina wolnego, zazwyczaj jestem tym faktem oszołomiona. I nie chodzi mi tu wcale o zaskoczenie faktem, że pacjent w ostatniej chwili odwołuje sesję (przypadki chodzą po ludziach, wiadomo!) – ale o to, że 60 minut bez żadnych obowiązków, zadań, pytań, żądań, potrzeb itp. nie zdarza mi się w codzienności właściwie nigdy, nie mam więc już szczególnej wprawy w obsługiwaniu takiego darowanego czasu. Moja codzienność mamy towarzyszącej dzieciom, które nie chodzą do placówek, bardzo skutecznie mnie tego – nomen omen – oduczyła, a może nawet z tego wyedukowała. Takie niespodziewane dłuższe chwile wytchnienia są czymś wyczekiwanym, niekiedy pieczołowicie planowanym i organizowanym – a kiedy przychodzą (zwłaszcza znienacka), często nie wiadomo, jak się z nimi obejść czy też cóż z nimi począć.
Być może to tylko moje wrażenie – ale wydaje mi się, że o tej kwestii mówi się w kontekście edukacji domowej bardzo rzadko, a może warto by jednak o tym wspomnieć od czasu do czasu. Otóż jeśli dzieci są w edukacji domowej i nie korzysta się przy tym ze wsparcia instytucjonalnego, kooperatywnego, komercyjnego czy różnych form babcingu – to przez ładnych kilka lat pozostaje się w sytuacji rodzica dziecka, to znaczy trzeba być w pełnej dyspozycji przez cały czas, bez tych kilku godzin codziennej przerwy, którą rodzicowi stricte “systemowemu” zapewniają zorganizowane zajęcia (przed)szkolne. To w zasadzie stan braku wytchnienia – od rodzicielstwa, od bliskości i tego szczególnego rodzaju osamotnienia, które znają bardzo dobrze rodzice niemowlaków: niby stale z kimś, a jednak tak bardzo samotnie.
Przywykłam do tego, choć przyzwyczajenie nie sprawia, że staje się to łatwiejsze – wręcz przeciwnie, z czasem coraz bardziej brakuje oddechu, co wydaje się raczej oczywiste, jeśli weźmie się poprawkę na tzw. zmęczenie materiału, tudzież zużycie zasobu ludzkiego. Czasami żartuję sobie, że rodzic w takiej przedłużającej się – swoją drogą, najczęściej z wyboru i z przekonania – sytuacji egzystencjalnej, zaczyna wykazywać symptomy tzw. syndromu sztokholmskiego, czyli silnego przywiązania ofiary do (małego) oprawcy (co zresztą bywa kłopotem rodziców w populacji ogólnej) – i nawet gdy nie towarzyszy a danej chwili swoim dzieciom, to wraca do nich myślą i sercem, z tzw. uporem maniaka. Znam ten stan bardzo dobrze. Cóż – tak to już w tym macierzyńskim doświadczeniu bywa.
Edukacja domowa to nie tyle forma kształcenia, ale sposób życia, w którym co najmniej jedno z rodziców właściwie zrzeka się (mniej lub bardziej świadomie) prawa do swojego czasu w zasadzie przede wszystkim po to, by podarować czas dzieciom. Nie chodzi tu tylko o ten czas rodzicielskiego zaangażowania opiekuńczego, ale także i o to bycie w trybie permanentnego czuwania i stałej gotowości do bycia w kontakcie. Bez przerwy, bez urlopu, bez wytchnienia. To jest takie doświadczenie, które dzień po dniu oducza zatrzymywania się, odpoczywania czy właśnie korzystania z własnego wolnego czasu – i być może dlatego, nie wiedząc, co począć z tą moją gratisową wolną godziną, odruchowo wzięłam się za zaległą robotę i zaczęłam pisać.
Gdybym więc miała dać jakąkolwiek radę (choć nie bardzo lubię takie rady dawać) rodzicowi rozważającemu edukację domową, to zadałabym proste pytanie: Czym będziesz oddychać? W jaki sposób zapewnisz sobie każdego dnia choć odrobinę wytchnienia? Nie raz na jakiś czas, w międzyczasie i przy okazji – tylko konsekwentnie, po trochu i dzień po dniu, żeby się tego na dobre nie oduczyć.
A rodziców, którzy już się w tę całą ED wpakowali zapytałabym analogicznie: W czym jest Wasze wytchnienie? Jak dajecie sobie odetchnąć?
A jeśli kogoś ciekawi, jak ja sama odpowiedziałabym na to pytanie, niech mi je po prostu zada. Chętnie odpowiem – tu czy gdzie indziej.