#25 Jak (nie) posłałam dzieci do szkoły…

Agnieszka Piwowarczyk
0 komentarze

Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.

Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.

Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji  (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.

W poniedziałek, o poranku, kiedy (prawie) wszyscy jeszcze śpią

Obudziłam się dziś po tych ostatnich rozważaniach z myślą, że w zasadzie wymieniłam straty rzeczowe czy zadaniowe, ale zabrakło w tym moim Katalogu Osobistych Rezygnacji spraw nieco może mniej wyliczalnych czy mierzalnych, ale z pewnością bardziej odczuwalnych. 

Decyzja o nieposyłaniu dzieci do placówek wiąże się dla mnie przede wszystkim z rezygnacją z ciszy, której kiedyś nie doceniałam, a za którą dziś szczególnie tęsknię, bo mam do niej dostęp jedynie wówczas, gdy ledwie łapię kontakt z rzeczywistością, a może nawet i z samą sobą, czyli bardzo wcześnie rano i raczej późnym wieczorem. Zdarzają się w mojej codzienności pewne chwile wyciszenia, ale najczęściej są one bardzo kosztowne – potem jest albo mnóstwo sprzątania (bo dzieci się zajęły czymś szalenie pasjonującym), albo co najmniej trochę wyrzutów sumienia (bo pewna liczba komórek mózgowych dzieci właśnie została bezpowrotnie utracona dzięki spotkaniu z którąś z niekoniecznie najzacniejszych animacji). Jest to więc cisza warunkowa, chwilowa i/lub kosztowna. Być może ponosi mnie wyobraźnia, ale przypuszczam, że gdy dzieci są zaplacówkowane rodzicom zdarza się nieco częściej doświadczać ciszy, choćby i w drodze do pracy czy z powrotem. Gdziekolwiek pomiędzy.

W pakiecie z ciszą pożegnałam się też z porządkiem, który w domu, w którym prawie stale przebywają jakieś dzieci, wydaje mi się zupełnie nie do utrzymania (pod naszą nieobecność do bałaganu zazwyczaj dokładają co nieco nasze dwa sierściuchy). Nie jest to co prawda zazwyczaj totalny chaos, idzie znaleźć jakąś względnie przyzwoicie ogarniętą ćwierćprzestrzeń – ale sytuacja, żeby w całym domu był klar i to przez dłużej niż 7 minut, wymagałaby od nas sprzątania, gdy dzieci już śpią, co byłoby najzupełniej bez sensu, bo zaraz potem i my byśmy padli i niekoniecznie z owoców tej pasjonującej pracy skorzystali. I znowu – być może to w dużej mierze jedynie moja fantazja, ale znam co najmniej jedną osobę, która twierdzi, że odkąd dzieci chodzą do placówek, ma wreszcie dłuższe momenty w ciągu dnia, kiedy w całym mieszkaniu panuje nienaganny porządek – a jeszcze gratis do niego dostaje czas dla siebie.

No właśnie – czas dla siebie, wpisany niejako automatycznie w codzienność, jest ostatnią z top 3 moich ED-owych rezygnacji. Nie mam go w drodze do i z pracy, jak w moim poprzednim życiu, nie przydarza mi się ot tak, po prostu rano, po południu czy wieczorem. To właściwie zawsze jest czas planowany, wynegocjowany (z mężem i z samą sobą), wyszarpany spomiędzy zapytań, zawołań i obowiązków. Nazywam to niekiedy „wychodnym”, choć jest to określenie tyleż zabawne, co i podbarwione odrobiną goryczy… Bywa niekiedy nieosiągalny, nawet jeśli okoliczności są sprzyjające, bo przeszkody zewnętrzne mogą być nawet łatwiejsze do usunięcia, niż różne wewnętrzne blokady z serii „A może nie powinnam?”…

I tak, jasne, wszystkie te doświadczenia są znane najpewniej każdemu rodzicowi, niemniej gdy dzieci uczą się w domu, efekt skali bywa w tym kontekście naprawdę przytłaczający… Cóż, bywa bardzo trudno – i to średnio kilka do kilkunastu razy na dobę. Niemniej póki co wciąż uważam, że warto – i gdy trudno, i gdy fajnie, i gdzie pomiędzy też.

Może Cię zainteresować:

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności

Weź udział w II Unconference e:mi!

⏰ 11 maja, 18.00
📍 Widzimy się na Zoom!

Udział bezpłatny · limit 100 miejsc