Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W niedzielę wieczorem, kiedy dzieci (teoretycznie) powinny już spać
Wylądowaliśmy ze współmałżonkiem na szkolnym dywaniku – co wydaje się szczególnie absurdalne, skoro nasze dzieci są w edukacji domowej. A jednak wychodzi na to, że nawet i w takim układzie można się załapać na organizowane przez nauczycieli spotkanie z rodzicami „niegrzecznego” dziecka. Było to doświadczenie szczególnie ciekawe zarówno dla mnie (sama przecież siadywałam po drugiej stronie biurka w podobnych okolicznościach), jak i dla mojego męża (który powiada niekiedy, że najbardziej w tym całym ED mu szkoda, że nie będzie mógł nigdy pójść na zebranie dla rodziców – być może dla niego to jakieś tajemnicze zgromadzenie, w którym póki co nie dostąpił zaszczytu udziału…). Niemniej przez dosyć długi czas oczekiwania na ten meeting (ładnych parę tygodni) zdążyłam się trochę nakręcić i narozkminiać, o co w zasadzie chodzi – i co ta nasza pierworodna na tych nieobowiązkowych zajęciach organizowanych przez naszą placówkę nawywijała.
Okazało się jednak, że nie nawywijała – a przynajmniej, że nie było to nic, czego byśmy się nie spodziewali i czym tak czy inaczej nie próbujemy się na codzień zaopiekować. Nasze dziecko jest bowiem dosyć wrażliwe i ekspresyjne, wciąż szuka swoich sposobów na samoregulację – i niekoniecznie zawsze są one skuteczne czy eleganckie. Tak czy siak, nie jest to nic takiego, co nie mieściłoby się w tzw. rozwojowej normie. I tyle.
Po tym spotkaniu jednak dużo myślałam sobie o pewnej szkolnej logice, zgodnie z którą pewne typy dzieciaków są jakoś szczególnie zauważane i – przy dobrych wiatrach – wspierane i zaopiekowywane, a – w nieco mniej sprzyjających okolicznościach – napiętnowane i „temperowane”, podczas gdy inne całkowicie umykają uwadze nauczycieli i innych specjalistów. Chodzi mi tu o tzw. grzeczne dzieci, czyli takie, które będąc w grupie, całkowicie podporządkowują się obowiązującym zasadom, nie zwracają na siebie uwagi i nie sprawiają kłopotów – czyli krótko mówiąc, zwyczajnie się zamrażają. I pal licho, jeśli po powrocie do domu odreagowują (a mówiąc językiem regulacji – przechodzą ze strefy niebieskiej przez czerwoną, by wrócić do komfortowej i rozwojowej strefy zielonej). Gorzej, że może być i tak, że nigdy nie wychodzą z zamrażarki, cały czas tłumiąc w sobie, kisząc i dusząc rozmaite emocje – z lęku przed ich pokazaniem, z pragnienia zaspokojenia oczekiwań, z takich czy innych powinności.
Ciekawi mnie bardzo, czy rodzice tych zbyt grzecznych dzieci także trafiają na dywanik – żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie są nadmiernie kontrolujący, a w istocie zarażający dzieci własnymi lękami i szukającymi w zasadach i rutynach ukojenia. Zapewne jest to nie w pełni uprawniona generalizacja – i z pewnością wynika to z pewnego zawodowego skrzywienia, ale doświadczenie nauczycielskie i gabinetowe podpowiada mi, że u psychiatry i psychotereapeuty aż za często pojawiają się bardzo grzeczne dziewczynki i niesłychanie dobrze ułożeni chłopcy, którym nie wiedzieć czemu po latach sukcesów życie zaczyna tak czy inaczej wymykać się spod kontroli. Ulewa im się, po prostu.
Dlatego, choć co najmniej pięć razy dziennie mam najszczerzej dosyć intensywnej dziecięcej ekspresji (razy cztery, że tak nieśmiało przypomnę) i nie zawsze mam w sobie choćby odrobinę przestrzeni na kontenerowanie niedorosłych emocji, nie mówiąc już o dostępie do jakichkolwiek sensownych rodzicielskich technik czy wychowawczych metod – to bardzo się cieszę, że jednak rzadko zdarza się naszym dzieciom trafiać do zamrażarki, że raczej prezentują niż powstrzymują, że ufają innym dobrym dorosłym na tyle, by się przed nimi rozpakować z grzeczności. I chociaż pewnie znalazłabym jakiś ciekawszy pomysł na spędzenie z mężem bez dzieci piątkowego popołudnia poza domem, to jestem wdzięczna za tę rozmowę z „naszymi paniami od lasu”. Mam nadzieję, że rodzice tych grzeczniejszych leśnych dzieci też będą kiedyś mogli z podobnego spotkania wynieść to czy owo.