Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W niedzielę, pod wieczór, gdy połowa dzieci już mniej więcej śpi
Rezygnacja z tego, co dobre, wydaje mi się ostatnio jednym z najbardziej kluczowych zagadnień, nie tylko (lecz także) w kontekście edukacji domowej. Mam jednak wrażenie, że w tym naszym edukacyjnym półświatku rzadko kiedy wspomina się o tym, z czego dobrego rezygnuje się, wybierając ten właśnie sposób życia na marginesie szkolnego systemu. Częściej i chętniej przywołuje się raczej negatywne aspekty szkoły, których uczeń i rodzic może w ED uniknąć – nie spotkałam się jednak z jakimkolwiek wyliczeniem dóbr i korzyści, które są w niej zwyczajnie niedostępne.
Z czego więc rezygnuje rodzic, decydując się na edukację domową?
A co dobrego nie będzie dostępne dla ucznia edukującego się poza szkołą?
Nie chcę się tu silić na jakieś naukowe czy socjologiczne wywody – bo ani to przestrzeń, ani forma na tego rodzaju wynurzenia. Bardziej chcę podzielić się własnym doświadczeniem i pokazać to, z czego dobrego w edukacji domowej rezygnujemy, a właściwie z czego rezygnuję ja jako mama, która z różnych względów się na to wariactwo zdecydowała.
Przede wszystkim zrezygnowałam z etatu – a więc z pewnej finansowej stabilności i życiowego (być może pozornego, ale jednak dosyć sympatycznego) zabezpieczenia (ubezpieczenie, emerytura, takie tam różne…). Pracuję, ba, mam nawet własną działalność gospodarczą, czego wcześniej raczej się po sobie nie spodziewałam – ale nie marzę nawet o dochodzie czy luksusie płatnego urlopu czy zwolnienia lekarskiego, względnie jakiejś mniej więcej potencjalnie ewentualnie sensownej emerytury, które były lub wydawały się dostępne w moim poprzednim (nie tylko zawodowym) życiu. Bywa to trudne i wiąże się z rozmaitymi kombinacjami czy komplikacjami, choćby w takich momentach, gdy zdrowie poważnie szwankuje czy gdy dziecko ma wypadek – i pójść do pracy (i zarobić choćby na koszty działalności) zwyczajnie się nie da.
Zrezygnowałam też z moich dawnych naukowych ambicji, bo ich realizowanie między pieluchą a podręcznikiem okazało się dla mnie awykonalne. To zresztą jedna z tych strat, które uważam za szczęśliwe, bo nigdy jakoś szczególnie nie uwielbiałam przesiadywania w bibliotece czy ślęczenia nad wynikami badań – ale zajęć ze studentami i słuchaczami z Uniwersytetu Otwartego (z uczniami poniekąd także, zwłaszcza z tymi od debat oksfordzkich) naprawdę mi brakuje.
Nie jeżdżę już na snowboardzie, nie chodzę do kina na filmy nie dla dzieci i nie pływam, a jedną książkę czytam czasami przez kilka tygodni. Nie jem lunchów, w których nikt mi nie gmera i których sama nie przygotowałam, nie piję dobrej kawy i nie wychodzę na spotkania ze znajomymi z pracy. Nie spędzam z rodziną kilku wieczorów tygodniowo (bo jestem wtedy w pracy), nie kończę wielu rzeczy, które zaczynam – i nie zaczynam wielu, które chciałabym skończyć. Nie napiszę wielu tekstów, które żyją gdzieś we mnie – i które być może dla kogoś okazałyby się przełomowe czy przynajmniej interesujące. Codziennie do mojego katalogu rezygnacji dodaję nowe pozycje, mniejsze i większe, mniej i bardziej ważkie – i choć wiem, komu i czemu, i jak bardzo to służy, to nie jest to wcale łatwe. Zdarza mi się fantazjować o posłaniu dzieci do placówek i powrocie na ciepłą posadkę, bo z oddali wydaje się, że to łatwiejsze i bardziej atrakcyjne rozwiązanie (co z bliska jest zapewne równie trudne i frustrujące, choć w nieco odmienny sposób).
Oddałam wiele części siebie (a może tylko złożyłam w depozyt?) – i choć bywam upojona naszą codziennością i w zasadzie póki co, gdybym miała drugi raz podejmować decyzje, wybrałabym to samo, to naprawdę nie wiem, czy mogłabym to komukolwiek z czystym sumieniem polecić. Mam pewność, że to cholernie trudne – i nadzieję, że jednak warto.
