Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W tzw. weekend, gdzieś na półmetku roku szkolnego
Wychodzi na to, że właśnie szczęśliwie przetrwaliśmy pierwszy semestr edukacji domowej – chociaż brzmi to nieco osobliwie, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę to, że poza naszym słowem honoru, nie ma właściwie żadnych potwierdzonych przez osoby trzecie dowodów na podjęcie przez nas w tym czasie działań stricte edukacyjnych (czyli że na przykład nie mieliśmy jeszcze żadnego egzaminu). Przez to, że mamy na stanie pierwszoklasistkę, nasza codzienność uległa w tym czasie kilkukrotnie reorganizacji, choć muszę przyznać, że rozbieg w kwestii wprowadzenia pewnej edukacyjnej rutyny mieliśmy dosyć długi i udało się o tym pomyśleć jakoś tak mniej więcej pod koniec listopada. Wcześniej nie bez bólu jakoś się wdrożyliśmy w dowożenie na zajęcia dodatkowe organizowane w szkole, które – choć bardzo fajne i uwielbiane przez samą zainteresowaną – mają tę podstawową wadę, że zaczynają się gdzieś mniej więcej w środku nocy, czyli zazwyczaj o 9:00. Po tych pięciu miesiącach to nadal nie jest ani trochę mniej bolesne, ale coraz sprawniej wychodzi nam ogarnianie się na czas i docieranie na miejsce w zasadzie prawie że punktualnie. Niestety, nie ma to większego znaczenia w kontekście przygotowań do tych przeklętych egzaminów, które w końcu trzeba będzie zdać, bo o ile może jakoś byśmy przeboleli związane z ich niezaliczeniem zapadnięcie się w system, o tyle trochę jednak głupio by było, gdyby wcale rezolutna dziewczynka spędziła drugi rok w pierwszej klasie.
Trzeba więc się było ogarnąć i zacząć coś robić, a że raczej nie mam szczególnych ambicji pedagogicznych, zwłaszcza w kontekście nauczania przedszkolnego i wczesnoszkolnego, o którym nie mam najzupełniej żadnego pojęcia (to jedyny etap edukacyjny, do nauczania w którym nie mam uprawnień) – stanęło na tym, że będziemy po prostu korzystać z otrzymanych w szkole podręczników, które okazały się wcale nie najgorsze (chociaż co ambitniejsze mamy, których dzieci umiały czytać, pisać i liczyć już jako trzylatki twierdzą, że nudne to i mało ambitne). Zaczęłyśmy więc z pewną dozą regularności siadywać nad zadaniami, co z początku szło nam dosyć marnie, ale ostatecznie jakoś się umieściło w naszej niecodziennej rutynie. Prawie nigdy nie bywa to jednak ani proste, ani łatwe, bo te nasze sesje edukacyjne odbywają się w asyście trójki młodszaków, które w związku z tym również żądają zadań i materiałów edukacyjnych, a czasami tylko mojej uwagi, która jest zupełnie niepodzielna, a i przerzutność ma coraz słabszą. Coraz słabiej u mnie też z cierpliwością, więc udało mi się już umieścić w może nie stałym, ale już zaistniałym repertuarze rodzicielskich komentarzy klasyczne frazy “No weźże się skup na tym! oraz “Jak można tego nie rozumieć?!”, a także nieznane rodzicom systemowym, a w ED absolutnie podstawowe straszenie posłaniem do normalnej szkoły.
Choć ton mojej opowieści może wydawać się lekki i frywolny, to przyznaję się do tego wszystkiego z nie lada jakim zawstydzeniem – ale też z nadzieją, że ten mój macierzyński “coming out” w kwestii własnych porażek i słabości, komukolwiek przyniesie choć odrobinę ulgi. Bo takie wpadki się zdarzają – i to nawet mądrzącej się w internetach na portalu o edukacji matce z przygotowaniem pedagogicznym i psychologicznym. Tak to już bywało, bywa i bywać będzie – i tyle, choć nie znaczy to wcale, że nie warto nad tym reflektować i w takim czy inny sposób (na przykład szukając chwil wytchnienia!) pracować. Warto wobec takich przejawów słabości dać sobie choć odrobinę zrozumienia i odpuszczenia – a dzieciom wyjaśnić, co się tu właściwie nawyrabiało i zwyczajnie za to przeprosić. Najgorzej jest udawać, że nic się nie stało, przechodzić do tzw. porządku dziennego i zostawiać dziecko w tym nieogarnialnym na tym etapie życia tyglu krzywdo-winy, w którym ktoś tak czy inaczej zraniony ma przekonanie, że sam temu zawinił. Znacie to skądś, prawda?
Nie ma co się bać, że przyznając się do błędu, straci się pozycję czy autorytet – bo może być zupełnie odwrotnie. A z pewnością przyznając się do tego, że nie jest się doskonałym i rezygnując z bycia rodzicielskim prymusem, zyskuje się coś o wiele cenniejszego – szansę na bliskość, która jest dostępna dla tych, którzy potrafią się odsłonić, nawet (a może zwłaszcza!) wtedy, gdy smutno i źle, i bardzo się tego boją.