Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
Poniedziałek, późną jesienią (listopad pojawia się i znika od co najmniej dziesięciu tygodni)
Nie cierpię planowania – choć nie zawsze tak to ze mną było. W zasadzie przez większość życia uwielbiałam plany, planery i checklisty, aż pewnego pięknego dnia – kiedy chwilowo (jak wtedy mi się wydawało – bo z chwili zrobiło się już dobrych osiem lat) znalazłam się na marginesie roku szkolnego, akademickiego i kalendarzowego, zorientowałam się, że te wszystkiego sposoby strukturyzowania czasu nijak nie przystają do mojej rzeczywistości, w której główną rolę zaczął odgrywać pewien bardzo nieduży człowiek. Wtedy też okazało się, że jedynym, na co mogę sobie pozwolić w kwestii tzw. zarządzania sobą w czasie, jest wynajdywanie pewnych punktów orientacyjnych (fizjologia, rekreacja, rozrywka itp.), nadal jednak bez szczególnego się do nich przywiązywania (bo ktoś inny mną w tym już niekoniecznie moim czasie zaczął dosyć apodyktycznie zarządzać).
W reakcji na tę odmienioną rzeczywistość wytworzyłam w sobie rodzaj reaktywnej nienawiści do planowania – uznając plany za podstawowe źródło moich życiowych frustracji, miały one wówczas (i wciąż z nieco może już odmiennych względów mają) szczególną właściwość, którą w jednym słowem określiłabym jako nierealizowalność. Doszłam więc do nieco pokrętnego wniosku, że planować już nigdy nie będę, co najwyżej orientować się w sprawach ważnych i pilnych, niekiedy zerkając nieśmiało w kierunku pozostałych części tegoż układu współrzędnych (choć bez nadmiernego zezowania).
Równolegle wokół mnie (wirtualnie i realnie) rozszalała się istna obsesja planowania. W sieci można znaleźć za jedyne xxx PLN zeszyciki czy pedeefiki do rozpisywania harmonogranów wszystkiego, promowane przez rozmaitych często samozwańczych speców od tychże dziedzin. Z przekazów influencerów-planerów wynika jednoznacznie, że bez planu nie tylko przyjdzie nam zginąć, lecz także przed tymże zgonem doświadczyć wszelkiego rodzaju cierpień i boleści psychicznych, fizycznych i duchowych. Jest to zjawisko tyleż fascynujące, co przerażające – jednak obserwowałam jej z niejaką lubością kogoś, kto może sobie pozwolić na bezplanowość. Do czasu.
Gdy nasze pierworodne rozpoczęło formalnie edukację, okazało się, że konieczne jest wobec tego choćby częściowe pokonanie tej mojej planofobii (albo mizoplanii), bo moje ciągoty do unschoolingu niestety nie do końca są w tym wesołym kraju realizowalne. Krótko mówiąc, trzeba się nieco ogarnąć, żeby dostarczyć dziecko na zajęcia (nieobowiązkowe, ale ukochane), jednocześnie wlokąć ze sobą trójkę młodszego rodzeństwa, które wypadałoby wcześniej (jak na nasze standardy – mniej więcej w środku nocy, czyli koło siódmej) wywlec z łóżek, zmusić do przebrania się i czymkolwiek nakarmić. Co więcej, w czasie tychże zajęć trzeba znaleźć sobie i towarzystwu jakieś miejsce na przeczekanie i cokolwiek do roboty – co nie jest wcale takie łatwe w niekoniecznie dużym mieście. W międzyczasie trzeba ogarniać to cholerne pranie/suszenie/składanie, no i te przeklęte zakupy (Biedronka z trójką przedszkolniaków – serdecznie polecam!). No i warto też wiedzieć, co będzie na obiad – zwłaszcza jeśli ma się na jego przygotowanie nie za wiele czasu (i ochoty), a poza tym niedługo po nim zamierza się wyjść do pracy. Wreszcie dobrze byłoby w tę nieco odmienioną codzienność wpisać realizację elementów podstawy programowej, z której będzie się za chwilę lub dwie rozliczanym.
Chcąc nie chcąc więc musiałam przeprosić się z planowaniem, choć z pewnością nie na tyle, by proponować komukolwiek w tej dziedzinie masterclassy. Często też z tych planów niewiele wychodzi – ale ogarniam już, gdzie mają dobre kanapki na wynos i które online’owe spożywczaki mają najszybsze terminy dostaw, udało mi się też względnie zapanować nad dystrybucją czystych gaci. No i zdaje się, że coś tam już żeśmy z tej podstawy programowej PRZEROBILI (to jest chyba mój najbardziej nieulubiony czasownik w naszym pięknym języku…). Ale żeby nie było – w międzyczasie uskutecznialiśmy też klilkudniowe maratony bezplanowania, a był nawet i moment, gdy sprawdzaliśmy, w których krajach można na legalu uskuteczniać unschooling. Na razie jednak zostajemy tu, gdzie jesteśmy, chaos się niekiedy nieco strukturyzuje, ale bez jakieś szczególnej przesady. Bo jak wiadomo, to plan jest dla człowieka, a nie człowiek dla planu. I tak to.