Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W piątek, u schyłku wakacji
Wakacje w edukacji domowej – tej naszej, z dziećmi na etapie przedszkolniakowym i wczesnoszkolnym – to czas co najmniej osobliwy, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że mieszkamy w miejscu, z którego niespecjalnie chce się i ma się potrzebę latem wyjeżdżać (wieś, las i takie tam). Jedyną różnicą, jaką odnotowałam, jest w zasadzie to, że nie mamy dodatkowych zajęć, za którymi osobiście nieszczególnie tęsknię. Poza tym łatwiej dojeżdża mi się popołudniami do pracy, bo miasto jest mniej zakorkowane i na parkingach jakoś więcej wolnej przestrzeni. Poza tym żyjemy jak zwykle, bez budzików, porannego pośpiechu, poganiania – i bez sztywnego planu, raczej zgodnie z pogodą i aktualnymi dyspozycjami członków rodziny.
Ciekawe są jednak spotkania w różnych dzieciowych przestrzeniach (place zabaw, domy kultury, biblioteki i takie tam) z tymi rodzicami, których się tam w roku szkolnym nie spotyka – a którzy doświadczają dramatu egzystencjalnego, jakim jest bez wątpienia wakacyjna przerwa w przedszkolu. Bardzo ciekawie jest przysłuchiwać się ich opowieściom o tym, jak trudno jest im znieść obecność własnych dzieci 24/7 przez ten tydzień albo i dwa tygodnie, jak stają na rzęsach, żeby organizować im atrakcje, względnie, żeby w ogóle przetrwać do – w zaistniałych okolicznościach – wyczekiwanego powrotu do pracy. Jest to poza wszystkim nieco zabawne, bo większość opowiadaczy milcząco zakłada, że wszyscy pozostali dorośli są współuczestnikami tej tragedii w kilku aktach – i że wszyscy podobnie przeżywają ten straszny, wakacyjny czas.
Gdy słucham tego opowiadania, myślę sobie o naszej sytuacji – czyli o tym, że ta “gehenna” jest naszym udziałem 365 (a nawet i 366) dni w roku, 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. I że mimo to – a może dzięki temu – bardzo lubię być z naszymi dziećmi, chociaż tak tego wspólnego czasu dużo, niemalże bez wytchnienia i bez przerwy (chyba że uznać wyjście do pracy w gabinecie psychoterapeutycznym za rodzaj urlopu rodzicielskiego;-)).
Czy więc bycie z własnymi dziećmi to naprawdę rodzaj tortury (a my, jako rodzice w ED mamy jakieś nieuświadomione skłonności masochistyczne)?
Czy też nie boli nas to tak dotkliwie, bo do tego “koszmaru” przywykliśmy?
Wydaje mi się, że to jednak bardziej kwestia decyzji – i wybrania takiego sposobu życia z dziećmi, w którym pozwala się im na samodzielność, bez nieustannego organizowania ich aktywności. To bardziej towarzyszenie dzieciom niż zarządzanie ich wszechświatem. Bardziej proponowanie niż nakazywanie. I bardziej powstrzymywanie się niż poganianie. Bo dzieci – po mojemu – wcale nie potrzebują więcej zabawek, zajęć czy atrakcji – tylko więcej obecności, na którą rodzic zaharowany czynnościami organizacyjnymi może nie mieć już po prostu siły.
