Odyseja – ucieleśnienie teatru nieautorytarnego na szkolnej scenie i przedszkolne odkrywanie talentów 

Aleksandra Gancarz
0 komentarze

Przedstawienie teatralne wystawiane przez dzieci można podzielić na dwa rodzaje. Pierwszy nastawiony jest na wrażenia estetyczne widowni. Ma być ładnie, równo i nieważne, że szpagat boli. Drugi nastawiony jest na przeżycia młodych aktorów. Mają się spełniać i rozwijać, a zaskoczenie reżysera czy niezadowolenie widowni to kwestie drugorzędne. 

Taką typologię poznałam 20 lat temu podczas wizyty studyjnej we Wrocławskim Centrum Twórczości Dziecka. Od tego czasu oglądając różne występy sceniczne dzieci, miałam wrażenie, że wszystkie mieszczą się w pierwszym typie. Moja własna próba wprowadzenia zmiany skończyła się porażką. Dopiero “Odyseja” obejrzana w Domu Montessori była dla mnie odkryciem nowego lądu. Przyznaję, że gdybym chciała, to wybrałabym się w rejon dziecięcej podmiotowości teatralnej znacznie wcześniej, na tym jednak polega specyfika spektakli  dziecięcych, że jego odbiorcami częściej są laicy spokrewnieni z aktorami niż wytrawni koneserzy sztuki teatralnej.

Przedszkolaki na scenie 

Zobaczyłam piękne widowisko z udziałem dwóch wychowawczyń, które z najmłodszą grupą przedszkolną wyszły na scenę, aby odtańczyć cały układ choreograficzny, zaśpiewać piosenki i podać mikrofon właściwej osobie we właściwym momencie. Dzieci miały od dwóch i pół do czterech lat. Większość pierwszy raz miała kontakt z mikrofonem, sceną i publicznością. Każde z nich dostało jeden lub dwa wersy do nauczenia się na pamięć i wygłoszenia indywidualnie do mikrofonu. Oprócz tego dużo wspólnie recytowały, śpiewały i tańczyły. Jednolite stroje i kolorowa scenografia dopełniały całości. Zachwycona publiczność nagrywała te ulotne chwile, aby móc się nimi dzielić i cieszyć dłużej. 

Nagrano wszystko. Łącznie z tym, jak jeden chłopiec – taki całkiem nowy przedszkolaczek, który nawet trzech lat nie miał – po wyjściu na scenę zastygł w bezruchu i do końca występu wpatrywał się w publiczność z lekko zmarszczonymi brwiami, jakby chciał zapytać: O co tu chodzi? Czemu tak się gapią na nas? Kilka miesięcy później ten sam chłopiec znowu stanął na scenie. Tym razem przewidziano, że zapewne nic nie powie i grupa już w czasie prób wspólnie wypowiadała jego kwestię. 

Zastanawiałam się, co czuje ten młody człowiek manifestujący swoją niezgodę na udział w przedstawieniu. Bystry, komunikujący się werbalnie miłośnik aut, który poza sceną potrafił zabłysnąć nie jednym talentem, podczas przedstawień po prostu zastygał. Jaki ślad w jego rozwoju zostawią niechciane występy? Zresztą nie on jeden odczuwał dyskomfort na scenie. W zasadzie tylko kilkoro dzieci wyglądało na zadowolonych z tego, co robią. Inne po prostu robiły, co im kazano. Ot, sztuka adaptacji. W przyszłości zapewne tak samo będą funkcjonować w życiu zawodowym…

Rozmyślałam nad przymusem przedszkolnych występów, gdy pewna mama pokazała mi drugą stronę medalu. Tutaj to mi się podoba – powiedziała – bo każde dziecko dostaje ten swój wers do powiedzenia, a w poprzednim przedszkolu panie wybierały sobie kilka osób, które mówiły wszystko, i reszta była tylko tłem. Jej synek w tamtym przedszkolu był tłem, bo według nauczycielek nie za bardzo można było się z nim dogadać. Za to w tym roku brylował na scenie z promiennym uśmiechem i wyraźnie czerpał satysfakcję z dostępu do mikrofonu i skupionej na nim uwagi publiczności. Dojrzał czy wystarczyło dać mu szansę? Nowe sytuacje są jak nowe potrawy – nie wiemy, czy je lubimy, dopóki ich nie skosztujemy. Z występami najwyraźniej jest podobnie.  

Doskonale wyreżyserowane przedstawienie zawierało mimo wszystko element niepewności, ponieważ wiek maluchów w naturalny sposób predestynował je do zachowań nieprzewidywalnych. Wychowawczyni z osiemnastoletnim stażem wyznała mi w kuluarach: Wie pani, jakie to jest szczęście dla nauczyciela, jak nikt nie ucieknie ze sceny? Wyobrażałam sobie, jaka to ulga, za to odwrotną sytuację znałam z autopsji.

Inaczej, czyli jak?

Stanęłam kiedyś przed zadaniem przygotowania z kilkorgiem dzieci przedstawienia z okazji Dnia Matki. Uznałam to za moją szansę na spróbowanie czegoś nowego. Chciałam to zrobić mniej autorytarnie niż każe tradycja. Niezmiernie cieszył mnie wiek małych artystów: od trzech do pięciu lat, a co za tym idzie: żadnych przyzwyczajeń, schematów, oczekiwań. Wymarzona sytuacja!  

Zaczęłam od obserwowania dzieci podczas zabaw muzyczno-ruchowych. Zauważyłam, że wszystkie potrafią tańczyć ze wstążkami w rytm Wiosny z Czterech pór roku Vivaldiego. Uznałam, że to będzie dobra pierwsza scena przedstawienia. Swobodny taniec ze wstążkami. Każdy wyrażał w nim siebie. 

W drugiej kolejności wymyśliłam z niewielkim udziałem dzieci (znacznie mniejszymi niż chciałam) krótkie wierszyki o ich mamach. Była w nich sama prawda: o mamie czasem niewyspanej z powodu pracy dwuzmianowej, o innej zamawiającej różne gadżety na znanej stronie internetowej – o każdej prosto, ale wyjątkowo. Wszystkie wierszyki zapisałam na prezentacji wyświetlanej w tle jako element scenografii, ponieważ dykcja niektórych aktorów mogła być barierą dla niewprawnych uszu publiczności. Poza tym brałam pod uwagę, że ktoś może zapomnieć tekstu albo zawstydzić się. Brałam pod uwagę ryzyko niepowodzenia. Nie spodziewałam się, że jest aż tak niedoszacowane. 

Do tańca ze wstążkami i wierszyków dodałam jeszcze dwie piosenki z choreografią wymyśloną poniekąd wspólnie z dziećmi. Scenariusz mieliśmy gotowy.

Scenografię przygotowaliśmy tak, by nawiązywała do tekstów piosenek. W rogu naszej umownej sceny postawiliśmy budkę suflera, czyli ogromne pudło przyozdobione na potrzeby naszego spektaklu. Zanim owe pudło zostało budką suflera, było w zabawie wszystkim innym: statkiem, samolotem, autobusem, domkiem, zamkiem, kryjówką.  Mieściliśmy się do niego wszyscy jednocześnie, bo było to pudło z pompy ciepła – naprawdę duże. Żadne dziecko nie słyszało wcześniej o takim zawodzie jak sufler, więc cieszyłam się, że właśnie dowiadują się czegoś nowego. 

Nadszedł dzień przedstawienia. Zaczęło się nie najgorzej, ale z każdą minutą ubywało na scenie aktorów. Gdy pierwsza aktoreczka przetarła szlak ze sceny na bezpieczne kolana mamy, to inni poszli za nią jak po sznurku. Absolutnie nikogo nie zatrzymywałam, ponieważ dobrostan dzieci nawet w takiej chwili był dla mnie ważniejszy niż zrobienie wrażenia na kimkolwiek, lecz sama byłam pod wrażeniem własnej porażki. Do końca przedstawienia na scenie wytrwały chyba trzy osoby. 

Odyseja w Domu Montessori

Kilka lat później miałam okazję zobaczyć przedstawienie kółka teatralnego w Domu Montessori w Koszarawie – w stacjonarnej, niepublicznej, bezpłatnej szkole podstawowej w urokliwym przedsionku końca świata (bo na samym na końcu świata jest Koszarawa Bystra). Ochotników z klas 4–6 trudno porównywać z grupami przedszkolaków, jednak moją uwagę przykuł sam fakt ucieleśnienia idei teatru nieautorytarnego, za którą pognałam niegdyś z marnym skutkiem i czego ani trochę nie żałuję, aczkolwiek nadal zastanawiam się, jak robić teatr z dziećmi i młodzieżą inaczej. 

Opiekunka kółka teatralnego wyszła do publiczności zgromadzonej na korytarzu Domu Montessori, który na ten moment stał się teatralnym foyer. Każdy z nas dostał program z wszystkimi informacjami o twórcach spektaklu i z ilustracjami wykonanymi przez uczennice. Reżyserka poinformowała nas, że to nie jest przedstawienie polegające na recytowaniu wyuczonych na pamięć kwestii i prosi, aby nie mieć takich oczekiwań. W kilku zdaniach przybliżyła nam zmagania młodych artystów na różnych etapach pracy nad spektaklem, a najmłodszym klasom za pomocą krótkiej  pogadanki przypomniała zasady zachowania w teatrze. Po takim wstępie nareszcie mogliśmy wejść. 

W sali było zupełnie ciemno. Po chwili z mroków wyłoniła się scena. Taka prawdziwa, znajdująca się wyżej niż widownia. Na co dzień to po prostu część jednej pracowni wykorzystywana do zajęć plastycznych czy geografii. W tle było widać fale – ogromne i bajkowe, wykonane z nauczycielką od plastyki i edukacji wczesnoszkolnej.

Na scenie byli aktorzy odziani w czarne ubrania, na które zarzucili białe tuniki uszyte specjalnie na ten występ. W roli Odyseusza wystąpiła rezolutna uczennica z doczepioną brodą. Pozostali aktorzy odgrywali zwykle po kilka ról, co prawdopodobnie było podyktowane mało liczną grupą utworzoną w niewielkiej szkole. 

Rekwizyty wykorzystane w Odysei nie były przesadnie charakteryzowane, a o ich roli więcej mówiła gra aktorów niż sam ich wygląd. Na przykład stojący na scenie stół stał się okrętem Odyseusza, bez dorobionych burt i masztów. Każde dobicie do brzegu aktorzy akcentowali gromkim łupnięciem w jego deski. To nowe wykorzystanie znanych nam rzeczy codziennego użytku przypomniało mi wiersz Joanny Kulmowej:

Ta drabina to schody do nieba,
a ta miska pod schodami to księżyc.
Tamten miecz to zwyczajny pogrzebacz,
a z garnków są hełmy rycerzy

Aktorzy mówili językiem bardzo naturalnym. Miałam wrażenie, że odgrywają scenariusz własnymi słowami: Płyniemy? No, fajny pomysł, płyńmy! Żaden gotowy scenariusz nie dałby takiej naturalności dialogów. Ponowoczesnością powiało z ostatniej sceny, gdy jedna z aktorek wstała z widowni i w kilku matczynych gestach zakończyła przedstawienie,  jakby wszystkie widziane wcześniej wydarzenia były tylko dziecinną zabawą. 

Wracałam do domu w zamyśleniu, w zachwycie. I tylko pory przedstawienia nie potrafiłam zrozumieć. Godzina 13.00 tak idealnie udaremniała możliwość zobaczenia tego widowiska i tym, którzy do pracy chodzą na rano, i tym ze zmiany popołudniowej. Odbiło się to mniej licznym udziałem rodziców, a to przecież ich odbiór najdoskonalej dopełnia dzieło i to nie tylko w Ingardenowskim rozumieniu.

W zamyśleniu…

Występy sceniczne są przyjemnością dla mniejszości społeczeństwa. To w zasadzie naturalne – widownia jest przecież liczniejsza niż aktorzy. Mimo to w edukacji coraz więcej uwagi poświęca się wystąpieniom publicznym. Jednocześnie nauczycieli nie kształci się na reżyserów, scenarzystów i scenografów, oczekując od nich przygotowywania coraz bardziej profesjonalnych widowisk. Rosną możliwości, więc i oczekiwania wzrastają. 

Efekt czy proces? Kontrola czy zaufanie? To dopiero początek wyborów nauczyciela-reżysera. Wybierze na pewno – bardziej lub mniej świadomie, pod większym lub mniejszym naciskiem otoczenia i własnych przyzwyczajeń. Nie w każdym miejscu pracy można pozwolić sobie i dzieciom na taką wolność jak w Domu Montessori. W dniu przedstawienia zapytałam opiekunkę kółka teatralnego, ile potrwa spektakl, a ona z rozbrajającą szczerością i bez jakiegokolwiek zakłopotania odpowiedziała: Nie wiem. Nie każda nauczycielka jest gotowa na takie porzucenie kontroli, nie każda szkoła na taką elastyczność. Większość bardziej ceni porządek i powtarzanie szkodliwych schematów niż autentyczny rozwój.  

Poszukiwanie innej drogi dla przedszkolnych lub szkolnych przedstawień nie musi skutkować zaliczaniem porażek na miarę mojej. We Wrocławiu można dwa lata studiować weekendowo Reżyserię Teatru Dzieci, Młodzieży i Dorosłych. Można też czerpać z doświadczenia tych, którzy szukali. Zawsze jednak warto szukać.

Może Cię zainteresować:

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności

Weź udział w II Unconference e:mi!

⏰ 11 maja, 18.00
📍 Widzimy się na Zoom!

Udział bezpłatny · limit 100 miejsc