Z pamiętnika wiejskiej przedszkolanki
Językowe, ekologiczne, artystyczne, sportowo-artystyczne, katolickie, terapeutyczne, integracyjne, Montessori, Reggio Emilia lub freblowskie – takie przedszkola niepubliczne mieliśmy do wyboru w naszym prowincjonalnym mieście. Do tego jeszcze osiem przedszkoli publicznych. Rekrutacja zaczynała się w marcu. Od połowy stycznia już wiedziałam, że nie wytrzymam drugiego roku szkolnego w moim miejscu pracy, dokąd na co dzień zabierałam ze sobą nasze dwuletnie dziecko, więc mieliśmy trochę czasu na wybór przedszkola. Nawet się nie spodziewaliśmy, że w procesie podejmowania decyzji tak dużo dowiemy się o sobie, swoich wartościach i spojrzeniu na przyszłość.
Czego chce tata
Dla mojego męża najważniejsze okazały się rodzinne tradycje. On chodził do najbliższego przedszkola publicznego i nie widział potrzeby szukania czegoś innego. Dobrze wspominał przedszkolne zabawy w krzakach nad rzeką. Cieszył się, że z obecnej kadry przedszkolnej pamięta aż trzy panie, które według niego wyglądają dziś dokładnie tak samo jak czterdzieści lat temu. Zapytany o leżakowanie stwierdzał, że trzeba było to po prostu jakoś przeżyć i zapewniał mnie, że nasz syn też da sobie radę.
Czego chce mama
Wiedziałam, że nasz Maciuś da sobie radę w każdym przedszkolu, jakie mu wybierzemy, ale chciałam, żeby tam było mu dobrze, a nam, rodzicom, w miarę wygodnie.
Dla siebie wybrałabym placówkę o profilu leśnym, bo lubię hasać po krzakach bez względu na pogodę i zachwycać się każdym przejawem przyrody, nawet kłującym i śmierdzącym. U naszego dziecka zdążyłam jednak zauważyć głęboką niechęć do przebywania na zewnątrz w deszczowe i chłodne dni. Nieraz widzieliśmy, że nawet towarzystwo najlepszych kolegów nie jest w stanie przekonać go do zabawy na śniegu. Odpuściłam sobie swoje survivalowo-harcerskie zamiłowania. To przecież ma być przedszkole naszego dziecka, a nie moje.
Przeglądając internet, miałam mętlik w głowie. Z jednej strony reklamy, z drugiej opinie rodziców. W końcu postawiłam wziąć pod lupę trzy cechy przedszkola: lokalizację (z parkingiem włącznie), jakość wyżywienia i atmosferę przedszkola. Po wstępnej selekcji online ruszyłam w teren na obserwacje.
Lokalizacja
Widziałam wiele zalet w przedszkolu oddalonym o 600 metrów od domu, czyli tym najbliższym, do którego chodził mój mąż. Możliwość odprowadzania dziecka pieszo lub odwożenia go rowerem była kusząca. Ruch na świeżym powietrzu dwa razy dziennie był korzystną perspektywą. Chciałam też poznać inne rodziny z naszej okolicy i liczyłam na to, że właśnie w rejonowym przedszkolu będzie to możliwe.
Poza tym wyobrażałam sobie, jak wzrosną moje oczekiwania, jeśli dzień w dzień będę jeździć do przedszkola kilka albo kilkanaście kilometrów. Dwa razy dziennie. W korkach, bo przecież mieszkamy w mieście prowincjonalnym, ale zakorkowanym. Za każdym razem szukając miejsca parkingowego. Zimą za takie poświęcenie oczekiwałabym cudów dla dziecka, a dla siebie co najmniej orderu. Na samą myśl czułam, jak wzbierają we mnie złość i frustracja. Albo wręcz przeciwnie, ogarnia mnie ślepota na występujące w placówce problemy, bo przecież inwestując tak dużo pieniędzy i wysiłku, podświadomie chciałabym przekonać samą siebie, że przecież warto. (Dokładnie tak, jak badani studenci oceniali nudny wykład znacznie lepiej, gdy mogli go wysłuchać dopiero po zdaniu trudnego egzaminu wstępnego. Grupa wchodząca na wykład bez egzaminu oceniała go jako nudny i właśnie taki był w zamierzeniu badaczy).
Wolałam w to nie brnąć. Ograniczyłam teren poszukiwań do placówek położonych blisko i po drodze do pracy (pracy męża rzecz jasna, bo sama nie wiedziałam jeszcze, gdzie będę pracować od września). Wykluczyłam ścisłe centrum miasta, gdzie liczba miejsc parkingowych była odwrotnie proporcjonalna do ilości korków na drodze. Lista przedszkoli do wyboru skróciła się znacząco.
Wyżywienie
Na co dzień podawałam moim przedszkolakom obiady w styropianowych pudełkach i kilka chwil później szukałam w ich jedzeniu odprysków plastikowych widelców. Im twardsze było danie, tym więcej połamanych widelców. Nie mogłam zmienić sztućców na wielorazowe, bo szkoła nie miała wyparzarki. Apelowałam do rodziców o dawanie dzieciom własnych sztućców z domu, ale z marnym skutkiem, ponieważ nie widzieli, jak tropię w białym ryżu ułamany koniuszek białego widelca i nie czuli mojego przerażenia potencjalnym zadławieniem, bo przecież przy dzieciach nie panikowałam…
Wcześniej pracowałam w przedszkolu z własną kuchnią, gdzie obiady podawano na porcelanowych talerzach i z metalowymi sztućcami. Smak, zapach i wygląd potraw zachęcały do jedzenia nie tylko dzieci – cała kadra czekała na swoją kolej. Nie ma jednak róży bez kolców. Kuchnia w tymże przedszkolu często serwowała dzieciom na podwieczorek mleczne kanapki lub inne słodycze, co nauczycielki uważały za szczyt lenistwa kucharek, jednak nigdy żadna z nas nie powiedziała im tego wprost.
Z praktyk studenckich pamiętam niepubliczne przedszkole, które urzekło mnie zdrowym żywieniem i możliwością zamówienia posiłków wegetariańskich, z czego korzystała tylko jedna dziewczynka, ale bez żadnej stygmatyzacji. Dyrektorka chorująca na cukrzycę starała się chociaż minimalnie sprzyjać właściwym nawykom żywieniowym młodego pokolenia. Podczas rozmowy rekrutacyjnej informowała rodziców, że wędliny są podawane trzy razy w tygodniu, a słodycze tylko przy okazji urodzin.
Zapytałam, w jaki sposób wybierają catering. Odpowiedź była prosta: biorą najtańszy. Najzdrowszy wśród najtańszych, ponieważ zdrowe i smaczne posiłki wszystkich cieszą, ale rodzicom i tak najbardziej zależy na niskiej cenie.
Niektóre z pobliskich przedszkoli chwaliły się śniadaniami w formie szwedzkiego stołu. Już sobie wyobrażałam, jak moje dziecko sięga po sałatę leżącą tuż obok kremu czekoladowego albo dżemu… Uznałam to za niewykonalne z powodu ogromnej, pociągającej, uzależniającej siły cukru.
Wiedziałam, że własna kuchnia nie jest gwarancją smacznych i zdrowych obiadów, ale po moich doświadczeniach z połamanymi widelcami, styropianami i górami śmieci po każdym posiłku i tak uznałam to za atut placówki.
Atmosfera
Z zewnątrz trudno było wywnioskować, jaka atmosfera panuje w placówce. Zdałam się na swoją intuicję i podzieliłam research na dwie części: desk research polegający na badaniu źródeł internetowych i działania w terenie.
W internecie sprawdzałam, czym i jak przedszkole się chwali. Wiedziałam, że zdjęcia do publikacji starannie się wybiera pod kątem widocznych ewentualnych zaniedbań (To nie, bo tu Tymek ma plecy gołe, a jego mama jest przewrażliwona. To też nie, bo jak ja te nożyczki trzymam, ktoś mógł się nabić). Zwracałam jednak uwagę na rotację kadry w ostatnich latach, jej obecność na zdjęciach, ilość zdjęć, a na końcu na treść publikowanych informacji. Jedne przedszkola fotografowały niemal wszystkie codzienne aktywności, inne – wyłącznie sukcesy przedszkolnych prymusów na różnych konkursach.
Po takim rozeznaniu ruszyłam w teren. Kilka dni wolnych od pracy przeznaczyłam na odwiedzenie z dzieckiem przedszkolnych placów zabaw – jednego dziennie. Na niektóre w ogóle nas nie wpuszczono, tłumacząc to bezpieczeństwem przedszkolaków. Na inne mogliśmy wejść i przekonać się, jakie są małe i nudne. Nasz tajny casting wygrało najbliższe przedszkole rejonowe, gdzie teren zielony wokół budynku był ogromny i ciekawie urządzony. Pozwalano nam się tam bawić, nawet gdy grupy przedszkolne wychodziły. Panie przedszkolanki życzliwie zapytały mnie, czy moje dziecko, to ich przyszły przedszkolak. Czuliśmy się tam dobrze.
Nie podobały mi się w tym przedszkolu podręczniki obowiązujące w grupie średniaków i starszaków, rzędy identycznych prac plastycznych, dekoracje zasłaniające dzieciom widok z okna i obowiązek leżakowania. Wiedziałam, że nie jest to przedszkole moich marzeń (sama również takiego nie stworzyłam), ale na tle innych wypadało naprawdę nieźle.
Wybór i jego konsekwencje
Zapisałam dziecko do przedszkola rejonowego. Przygotowałam sobie plan B na wypadek, gdyby było mu tam źle. Uznałam, że przecież przedszkole można zmienić.
Czas pokazał, że to nie takie proste, bo dziecko polubiło panie, zaprzyjaźniło się z innymi dziećmi i nie chciało zmieniać przedszkola na inne. Widząc kolegów i koleżanki na placu zabaw, zawsze chciało do nich dołączyć – nawet gdy jechaliśmy na przykład do lekarza. Nie wyobrażałam sobie wypisania go stamtąd, mimo że wiele elementów pracy tej placówki budziło we mnie wściekłość.
Moją złość ostudziła historia Janka. Rodzice odwozili go codziennie ponad dwadzieścia kilometrów do przedszkola Montessori, które było im bliskie pod względem metod pracy i wartości. Janek nie chciał tam przebywać, bo był bity i atakowany na inne sposoby przez kolegę z grupy. Ta historia przeniosła moją uwagę z tego, co złe i obecne w przedszkolu na to, co złe i nas omija. Przez dwa lata moje dziecko nie dostało wszy ani owsików, nie było bite przez inne dzieci i nie nauczyło się w przedszkolu przeklinać. Eureka! Wartość naszego przedszkola tkwiła w fajnych dzieciach. Tego nie byłam w stanie przewidzieć i w żaden sposób zaplanować.
