Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W czwartek, po inspirujących redakcyjnych dyskusjach
W różnych rozmowach – przeze mnie odbytych czy jedynie podsłuchanych – na temat edukacji domowej stosunkowo często przywoływane jest (własne czy cudze) przekonanie, że aby mieć dzieci w ED, trzeba mieć wykształcenie kierunkowe (cokolwiek miałoby to znaczyć). Jego brak bywa źródłem wątpliwości czy kompleksów, względnie podstawą wysłuchiwanych zarzutów (szczególnie często formułowanych przez nieco bardziej edukacyjnie konserwatywnych członków rodziny czy różnych krewnych i znajomych Królika). Zdarzało mi się nawet spotkać osoby, które rozważając ED dla swoich malutkich dzieci, podejmowały studia pedagogiczne czy psychologiczne, by się do tej wariackiej drogi lepiej przygotować. Sama nie wpadłam na ten pomysł, być może wyłącznie dlatego, że przygotowanie pedagogiczne (w kontekście polonistycznym) i magisterium z psychologii ogarnęłam przed pojawieniem się na świecie naszej najstarszej (i to nawet dosyć dosłownie przed tym, bo moja druga obrona miała miejsce na niespełna dwa miesiące przed terminem porodu). Trudno mi z całą pewnością rozstrzygnąć, czy w innym razie sama nie wpadłabym na pomysł, by takiego wyczynu dokonać – wydaje się to jednak wielce prawdopodobne, bo wszelkie edukacyjno-rozwojowe propozycje działają na mnie wręcz magnetycznie, choć w zasadzie wiem, że zapisuję się na różne kursy i szkolenia metodą na króla Juliana (tzn. na zasadzie “teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”).
Ale gdy chwilę się zastanowię, zazwyczaj przypominam sobie, że to naprawdę jest bez sensu – przede wszystkim dlatego, że rodzic w ogóle nie musi być specjalistą od rodzicielstwa i wszelkich dziedzin związanych z dzieckiem i dziecięcością, a rodzic z ED nie jest nauczycielem swojego dziecka, ale wciąż i niezmiennie rodzicem. Mam głębokie przeświadczenie, że wykształcenie “branżowe” jest w byciu rodzicem większym obciążeniem niż błogosławieństwem, bo często odbiera spontaniczność i swobodę ruchu (robi się nie tak, jak się czuje, że byłoby dobrze – tylko tak, jak to podobno robić należy), no i rzecz jasna jest fantastyczną wylęgarnią lęków (bo aż za dobrze zna się możliwe konsekwencje własnych potknięć). Jak powtarza z właściwym sobie sarkazmem moja dobra koleżanka ze szkoły psychoterapii (prywatnie mama trójki): “To zawsze wina matki”.
Zawsze miałam przekonanie, że dzieci nauczycieli mają przekichane, zwłaszcza wówczas, gdy uczą się w szkole, w której pracują ich rodzice. Nie do końca wiem, skąd mi się to wzięło, bo moi rodzice szczęśliwie nauczycielami nie byli. Być może była to kwestia obserwacji, poczynionych w podstawówce w niezbyt dużym mieście, w której zupełnym standardem było to, że uczą się w niej także nauczycielskie czy nawet dyrektorskie dzieci (nawet jeśli są spoza tzw. rejonu). Takie dzieciaki są stale pod nadzorem, a dodatkowo jeszcze stanowią o rodzicielskiej reputacji, zwłaszcza o kompetencjach wychowawczych, muszą się więc – jak mniemałam – dużo bardziej pilnować (albo buntować, wiadomo). Jeśli więc uznać, że w edukacji domowej rodzic miałby być nauczycielem swojego dziecka – to trochę tak, jakby urządzić mu z życia szkołę 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 ( albo 366) dni w roku. Bez przerwy, bez weekendów, bez wakacji, bez życia. No masakra (i tym razem to słowo o dziwo nie jest w żaden sposób wyolbrzymieniem).
(Swoją drogą w nieco podobnej sytuacji stawia większość dzieci szkolnych ów koszmarny wynalazek, jakim jest dziennik elektroniczny – rodzic bowiem ma stały nadzór nad swoim uczniem, od razu wie o wszystkim i nie da się z niczym schować – okropność!)
Tymczasem tego rodzaju kumulacja ról i funkcji nikomu w takim układzie nie służy – ani rodzicowi/nauczycielowi, ani dziecku/uczniowi. Przede wszystkim jest to dla wszystkich wyczerpujące, bo każdy stale robi na co najmniej dwóch etatach. Poza tym z pewnością nie służy to także budowaniu więzi – zupełnie inną ma się przecież relację z rodzicem, a inną z nauczycielem, nie da się mieć dwóch różnych relacji z tą samą osobą (pomijając być może casus osobowości wielorakiej, ale to raczej rzadko występujące zjawisko). Po trzecie zaś – kim się pozostaje dla dziecka, gdy skończy ono edukację? Kochanymi mamą i tatą – czy (mniej lub bardziej lubianymi) psorką i psorem? I wreszcie – czy rodzicielska sypialnia ma się stać w takim układzie pokojem nauczycielskim?
Rodzice w edukacji domowej nie są nauczycielami. Są rodzicami – i dobrze by było, gdyby tylko (i aż!) nimi pozostali. Nie muszą wszystkiego wiedzieć i umieć, ani też na wszystko być przygotowani. Wystarczy, że znajdą w sobie zaciekawienie – przede wszystkim swoim dzieckiem, ale też i innymi “okolicznościami przyrody” – i pragnienie towarzyszenia sobie nawzajem na tej drodze. Wtedy nad drzwiami domu zamiast czerwonej tabliczki z nazwą placówki – będą mogli powiesić napis: “Ahoj, przygodo!”.