Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
We wtorek, przed pójściem do pracy, bardzo wczesną wiosną
W ramach tej mojej kolejnej notatki chciałabym przypomnieć i dojaśnić, co ja tu właściwie wyprawiam, w jaki sposób i w jakim celu właściwie to robię – a czego nie robię i robić nie zamierzam.
A więc (tak, tak, wiem – tak zdania zaczynać nie wolno!) staram się tu dzielić moimi osobistymi doświadczeniami i refleksjami z mojej codzienności, którą przeżywam z czwórką nie za dużych dzieci, które – jak dotąd – edukują się domowo, to znaczy nie chodziły i nie chodzą na regularne zajęcia (przed)szkolne w żadnej placówce.
Mam „branżowe” wykształcenie, ukończyłam studia polonistyczne z przygotowaniem pedagogicznym, a także studia psychologiczne. Jako polonistka pracowałam zawodowo przez ponad dekadę jako korepetytorka, nauczycielka szkolna i wykładowczyni, jednak najmłodsze dzieci, które uczyłam, były w czwartej klasie szkoły podstawowej (pomijając krótki i traumatyczny moment, gdy w świetlicy szkolnej próbowałam zapanować nad bardzo liczną grupą siedmiolatków). Jako psycholożka pracuję z młodzieżą 15+ i z osobami dorosłymi. Summa summarum, żadne z moich dzieci nie dotarło jeszcze do tego etapu edukacyjnego, na którym się znam. Zresztą to całe znanie się wydaje mi się raczej przereklamowane, bo jednak to zupełnie co innego uczyć cudze dzieci przez pi razy oko 18 godzin tygodniowo, przez 26-28, z pominięciem wszystkich dni wolnych od pracy – a co innego próbować towarzyszyć w rozwoju własnym, niemalże 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez ferii, wakacji, długich weekendów itp. Mam poza tym silne przeświadczenie, że wykształcenie psychologiczne czy pedagogiczne raczej przeszkadza w rodzicielstwie niż w nim pomaga – nie wpływa bowiem nijak na bazowy poziom kompetencji rodzicielskich (wiedza i umiejętności to jednak zupełnie różne kwestie), za to zwiększa świadomość, zwłaszcza dotyczącą popełnianych wychowawczych czy relacyjnych błędów i ich potencjalnych konsekwencji – co może być szczególnie dobijające, jeśli nie ma się dla siebie odpowiednio dużego zrozumienia.
W tych moich notatkach (nazywanych w naszych redakcyjnych dyskusjach – nieco czule, a nieco ironicznie – pamiętniczkiem) opowiadam o różnych moich wydarzeniach i przeżyciach, w których niemały udział mają moje dzieci. Staram się jednak dbać o ich prywatność i nie ujawniać zbyt wielu szczegółów, mam bowiem na uwadze, że kiedyś może się to odbić czkawką. Bardziej zależy mi na tym, by podzielić się moim macierzyńskim doświadczeniem – które jest moje nie tylko na poziomie faktów czy treści, ale też na poziomie formy i sposobu opowiadania. Piszę o sobie i po swojemu – jeśli ktoś przeczytał ze dwie lub trzy moje notatki z pewnością zauważył, że robię to w dosyć charakterystycznym stylu. Nie jest on żadną stylizacją, nie wymyśliłam go sobie, ani z góry nie założyłam. Ten sposób opowiadania jest w jakiś sposób dla mnie typowy i też pokazuje mnie jako taką, mój sposób postrzegania rzeczywistości, moją perspektywę i pewien rodzaj dystansu, który lubię mieć do moich doświadczeń. Lubię metafory i analogie, triady retoryczne, a szczególnie – (auto)ironię, która niekiedy bywa nawet z lekka sarkastyczna.
Nie piszę tego wszystkiego jako ekspert – nie mam w sobie nawet wystarczająco dużo arogancji, by nazywać się ekspertem od własnego życiorysu. Nie są to więc żadne obiektywności czy inne prawdy objawione. Nie jest to reportaż ani artykuł naukowy. Przed przystąpieniem do pisania, nie robię żadnego researchu, analizy źródłowej ani bibliotecznej kwerendy – raczej mielę w sobie różne sprawy i próbuję w miarę składnie i zrozumiale o nich opowiadać. I tyle.
Mam nadzieję, że komuś to do czegoś dobrego posłuży. Ja sama wpadłam na pomysł pisania tegoż „pamiętniczka” właśnie z poczucia braku takich relacji, w których ktoś podzieli się swoim doświadczeniem, starając się robić to nie w stylistyce instagramowej (czyli w formie autoprezentacji), ale raczej w poetyce dziennika osobistego. Nie chciałam opowiadać o tym, co i jak robimy edukacyjnie (takich opowiadaczy jest chyba całkiem sporo) – ale właśnie pokazać, co mi się przytrafia (realnie i mentalnie) w mojej codzienności mamy dzieci edukujących się domowo. Nie chcę wcale być przykładem ani wzorem (fuj!) – zwłaszcza że nasze dni szczególnie wzorcowe nie są (np. teraz jest już popołudnie, a połowa dzieci chodzi w piżamach…). Raczej chcę pokazać, jak to u nas bywa, żeby inny rodzic w podobnej lub zupełnie innej sytuacji egzystencjalnej mógł sobie pomyśleć, że miewa podobnie albo i zupełnie inaczej – i że jedno i drugie jest równie w porządku.
Pisząc to wszystko mam bowiem gdzieś z tyłu głowy słowa Carla Rogersa, jednego z najbardziej znanych psychoterapeutów, którego koncepcje leżą u podstaw terapii doświadczeniowej, która jest mi szczególnie bliska. Dzieląc się własnym życiowym – nomen omen – doświadczeniem napisał on kiedyś:
““”To, co najbardziej osobiste, jest zarazem najpowszechniejsze. (…) to, co najbardziej osobiste i prywatne w każdym z nas, jest prawdopodobnie właśnie tym elementem, który – jeśli wyrażono by go lub nim się podzielono – przemawia najgłębiej do innych”.
Mam nadzieję, że choć raz na jakiś czas te moje opowieści rezonują właśnie w taki sposób,
