Metoda Montessori, problemy z wdrożeniem?

Ola i Marcin Sawiccy
0 komentarz

Czy po trzydziestu latach istnienia metody Montessori w Polsce przyjęła się ona w naszej edukacyjnej rzeczywistości? Mamy wrażenie, że nie. Może warto porozmawiać dlaczego?

Metoda Montessori jest w Polsce przedmiotem zainteresowania i stosowana już ponad trzydzieści lat. Nie jest już nowinką. Coraz więcej rodziców i nauczycieli poznaje jej zasady, szkoli się. Pojawili się już absolwenci szkół Montessori, istnieje wiele ośrodków kształcących wszelkich zainteresowanych, często za niemałe pieniądze.  Podsumowując, mamy duże grono zainteresowanych i otwartych na tę metodę rodziców, wielu przygotowanych nauczycieli, miejsca w których można się szkolić i doskonalić. Co powoduje więc, że pozwalamy sobie na pisanie artykułu sugerującego, że aplikowanie metody Montessori do naszej edukacyjno szkolnej rzeczywistości nie jest takie proste i oczywiste?

Zdecydowanie mieliśmy (Ola i Marcin piszący ten artykuł) wielkie szczęście, gdyż  tak się złożyło, że nasze montessoriańskie szkolenie odbywało się w Kolonii, w szkole Montessori istniejącej tam od lat pięćdziesiątych XX wieku. Jej założyciele prowadzili zajęcia, a także odwiedzali pracujących tam nauczycieli. Była to przestrzeń (mamy nadzieję, że nadal  jest), w której urealniało się wszystko to, co  przekazywano nam na kursie: opowieść o Marii Montessori, o jej podopiecznych, o pracowniach, dziecku, nauczycielach, ciszy i zasłuchaniu. Widzieliśmy pracujących uczniów, uważnych nauczycieli, spokojnych rodziców, niezwykle zadbaną, oryginalną przestrzeń pracy. Jednocześnie zajęcia odbywały się w dwudziestopięcio osobowych grupach, w ramach niemieckiego systemu edukacji, z dziećmi z rozmaitych opcji kulturowych, w szkole bezpłatnej. 

Wybrzmiewa w nas pytanie; dlaczego, po trzydziestu latach teoretycznej swobody oświatowej, nie mamy takich miejsc w Polsce? Jakie bariery należałoby pokonać, jakie granice przekroczyć aby założenia pedagogiki Marii Montessori w naszych szkołach realizować?

System

Często wymienia się go jako jeden z podstawowych regulatorów blokujących wprowadzenie metody Montessori. Pojawiają się na przykład takie głosy:: “że da się wprowadzać tylko poszczególne elementy”, “ że można tylko w klasach młodszych”, “jak zrealizować tam podstawę programową”, “co na to kuratorium?”. Wydaje się nam jednak, że często do typu ograniczeń odwołują się w pierwszej kolejności osoby nie do końca przekonane do metody. Jest to bariera absolutnie zewnętrzna. Minusem jest brak możliwości wpływu na nią, plusem natomiast jest to, że system nie ma wpływu na mnie, ogranicza mnie, ale my jako nauczyciele zachowujemy nadal swobodę decyzji. Można postawić sobie pytanie: na ile mam swobody w systemie aby móc tworzyć szkołę Montessori, na ile  jest determinacji we mnie? Przecież istnieją różne możliwości – program autorski, innowacja pedagogiczna. Przecież wielu twórczych nauczycieli realizuje bardzo indywidualne wizje nauczania. Generalnie system nie ułatwia, często przeszkadza, ale zdeterminowani mają duże szanse, i w naszym kraju można znaleźć takie przykłady.

Zespół

Rozumiany jako grupa ludzi realizujących cel w postaci szkoły Montessori, nie często spotykany. Wymaga wysiłku zgromadzenia kilku osób myślących podobnie, przede wszystkim zdeterminowanego dyrektora i współpracujący zespół nauczycielski, nie tylko osoby “od I-III”. W tej grupie muszą być także osoby uczące pozostałych przedmiotów. Nie dobrani przypadkowo do pomysłu, a zaproszeni do współtworzenia takiej montessoriańskiej innowacji. Muszą rozwiązać kilka zagadnień, między innymi: pracy własnej, rytmu funkcjonowania szkoły, zamysłu na wprowadzanie zagadnień związanych z niektórymi przedmiotami, roli nauczyciela przedmiotu. Zespół ten wspólnie uzasadnia i wyjaśnia swoje decyzje i zamysł edukacyjny. Jego rolą jest także przekonywanie rodziców  i danie  im poczucia bezpieczeństwa.

Rodzice

 Są elementem ograniczającym, ale w odwrotny sposób niż wspomniany wcześniej system. Z jednej strony wydają się najbardziej otwarci na zmianę i chętni do współpracy ze szkołami dającymi  nadzieję na inną, ciekawszą, bardziej inspirującą edukację. Z drugiej strony, co uzasadnione, są pełni oczekiwań, emocji, przecież chodzi o często najdroższe dla nich osoby, ich własne dzieci. Są, i powinni być w nieustającej interakcji ze szkołą. Niektórzy oczekują codziennych dowodów, że dziecko coś robi, rozwija się, działa, realizuje podstawę programową. Część szkół Montessori ulega tej presji, każe dzieciom ustalać listy pomocy do przepracowania danego dnia czy tygodnia, tworzy karty pomocy przyporządkowanych do podstaw programowych, minimalizuje czas pracy własnej, umieszcza pracę własną w czasie “świetlicowym”. O ile “systemu” przekonać się nie da, to rodziców zdecydowanie tak. Dobra rzetelna, odważna i uczciwa informacja o tym na czym polega praca metodą Montessori, czym charakteryzuje się pomysł zespołu nauczycieli, otwartość i zapraszanie na zajęcia oraz sensowna rekrutacja powinna minimalizować powstające później napięcia. Z powodu pewnego ograniczenia działań szkoły Montessori, rodzice mogą stać się jej najlepszym ambasadorem. 

Czas, cierpliwość, zaufanie

 Te trzy elementy są bardzo charakterystyczne dla koncepcji pedagogicznej Marii Montessori. Jednak o ile  w teorii nauczyciele i rodzice zgadzają się co do uroku i wagi powyższych cech, to w praktyce nie jest już  to takie oczywiste. Nasza otwartość na głębokie zrozumienie metody może okazać się bardzo płytka. Opowieść o samodzielności ucznia, czasie na poszukiwania, refleksje,  o odkrywaniu swoich talentów, zainteresowań, o wysiłku i trudzie podejmowania decyzji, skupieniu się na procesie uczenia się, o ważności nabywania tych umiejętności obraca się w pył w zderzeniu z rzeczywistością testów, egzaminów, a także  pytań znajomych o stan wiedzy naszych podopiecznych. Wsparciem w pokonaniu tej bariery przez rodziców może być jedynie spójne działanie zespołu nauczycieli. W tej przestrzeni prowadzący zajęcia też powinni się nawzajem wzmacniać. Ze wsparciem przychodzi sama Maria Montessori. Jej uwagi dotyczące starannej obserwacji, uważnego dialogu, dostrzeganiu rozwoju – zarówno w przestrzeni intelektualnej, mentalnej jak i duchowej ucznia – są kluczem do przejścia kolejnej bariery. Jednak w tym obszarze do przepracowania mamy chyba najwięcej my sami, to właśnie nasz brak szacunku i wagi dla tych trzech elementów, doprowadza do ich dyskredytacji, utraty znaczenia i “nie istnienia” w rzeczywistości naszych szkół Montessori.

Przestrzeń

To jest niezwykle trudna bariera. Wyrastamy z pokoleń wychowanych w szkole gdzie mało zwracało się uwagi na klimat, atmosferę, estetykę przestrzeni, w której uczono dzieci. W salach i korytarzach, pomalowanych często w “ugier podlaski”, z ławkami naprzeciw tablicy, paprotką na parapecie i portretami ważnych postaci na ścianach, tudzież datami równie ważnych wydarzeń. Do takich przestrzeni nie tylko przyzwyczajeni są nauczyciele, ale samorządowi właściciele budynków, kontrolujący sanepid i straż pożarna. Jest to nie tylko kwestia chęci przełamania bariery, ale także umiejętności przeprowadzenia tej zmiany. Jako nauczyciele jesteśmy uczeni wielu rzeczy, ale rzadko i niewiele o tym jak projektować przestrzeń szkoły. Nasze pozaszkolne pomieszczenia są każdego roku coraz bardziej inspirujące. Jako społeczności mamy coraz ładniejsze, zachęcające do spędzania czasu biura, kawiarnie, biblioteki, muzea, często nasze mieszkania, ale jeszcze nie szkoły. Maria Montessori przywiązywała duże znaczenie do organizacji i wyglądu klasy i szkoły. Ważne jest nie tyle ilość środków przeznaczonych na wyposażenie, a staranność, estetyka i funkcjonalność stosowanych rozwiązań. Przestrzeń miała być dostosowana do dzieci i sposobu pracy z nimi. O ile w przedszkolach i w młodszych klasach Montessori to się czasami udaje, to w starszych jest  już problemem. Często jest to powiązane z faktem, że starsze klasy mają bardzo mało pracy własnej i pracujący z nimi nauczyciele ustawiliby wszystkie ławki na wprost tablicy. Jednak właśnie w przestrzeni tkwi jeden z największych potencjałów metody Montessori. Dobrze zaplanowana i  przemyślana przestrzeń, dobrane meble, światło, zasłony, stara lampa, fotel, dywan, odpowiedni układ regałów, samo to  opowie i zachęci do pracy większość  uczniów. I to co dla nas chyba jest najcudowniejsze w tej przestrzeni, to dbałość o nią, dbanie o ślady jakie w przyniesionych eksponatach i pomocach zostawiali poszczególni nauczyciele, czy byli uczniowie. To właśnie w dużym stopniu tworzy opowieść o naszej szkole, zarówno dla nas samych, jak i dla nowo przybywających. 

Pieniądze 

Wydaje się, że są barierą. Nie zgadzamy się z tym.. Są taką samą trudnością jak  w każdej innej szkole. Wszędzie musimy znaleźć właściwych ludzi, uposażyć ich, wynająć i wyposażyć przestrzeń. Często szkoły Montessori, mające bardzo niewiele pieniędzy na zakup pomocy, tworzyły bardziej “montessoriańskie” warunki niż ich zasobne w środki odpowiedniki. Potrzeba może stać się  źródłem ciekawych rozwiązań własnych pomocy, korzystania z tańszych rozwiązań, organizowanych zbiórek “ciekawych rzeczy”. Patrząc z perspektywy czasu, pracownia Montessori jest tańsza i bogatsza w materiały od tzw. zwykłych klas. Nauczyciel Montessori wykonując lub kupując dany materiał myśli o nim w kategorii wielu lat. Te rzeczy nie są tymczasowe, są wystawione na półkach i służą  tak długo, jak pracownia istnieje, czasami kilkadziesiąt lat.

My

Na koniec, popatrzmy na samych siebie, mogących stanowić największą barierę w stworzeniu szkoły, głęboko odnoszącej się do idei, jaką całe  życie propagowała i wcielała Maria Montessori. Nasze mocne przekonanie co do istoty i założeń metody, wiedza, doświadczenie i determinacja są kluczem do stworzenia szkoły Montessori. Czy rozumiemy, dlaczego jest ważne, aby nie pozbawiać naszych uczniów możliwości samorozwoju, odkrywania tego, z czym przyszli ubogacić ten świat? Czy rzeczywiście akceptujemy, że ktoś przyniósł więcej, inny mniej? Czy pomożemy mu w wysiłku uczenia się pracy, stawiania pytań, szukania odpowiedzi, błądzenia, radości odkrywania, wreszcie dobrego przeżywania nudy i czasu z pozoru jałowego? Czy jesteśmy otwarci na wsparcie rodziców naszych dzieci w odkrywaniu ich potencjału i uczciwym wytrwaniu w obranej drodze? Czy znajdą w nas oparcie i otwartość na próby rozwiewania ich  wątpliwości i wspólnego doświadczania siania ziarna ciekawości? Czy sami jesteśmy gotowi na ponoszenie porażek i popełnianie błędów, na pytanie i szukanie odpowiedzi, które mogą stanowić bardzo ważne doświadczenie w naszym rozwoju jako nauczycieli? Jeżeli tak, to chyba czas rozpocząć nasze “montessoriańskie” skoki przez płotki. Do czego zachęcamy samych siebie i cierpliwych czytelników.

Może Cię zainteresować:

Zostaw komentarz

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności