Jestem nauczycielką (literatury i języka polskiego) i psycholożką. W systemie szkolnym spędziłam większość życia, więc wiem o nim to i owo, mam też za sobą rozmaite doświadczenia i jako odbiorca, i jako agens zabiegów o charakterze edukacyjnym.
Jestem też mamą, która stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o tym, czy własne dziecko (najstarsze z czwórki) posłać do szkoły. I nie wiem, co zrobić, wziąwszy pod uwagę opcje dostępne na wsi w pobliżu niekoniecznie dużego miasta, a także kwestie ekonomiczne, logistyczne i stricte edukacyjne – a także last but not least własną wytrzymałość psychiczną.
Próbuję podjąć decyzje, gdzieś pośród codziennego chaosu – i z tego procesu podejmowania decyzji (a czasami także i z codziennego chaosu) będę przedstawiać zapewne dosyć krótkie relacje. Być może kogoś to zaciekawi, zainspiruje czy wspomoże.
W sobotę nad ranem
Wydarzenie pod tytułem „Egzamin” to – jak się okazuje – sprawa wielce osobliwa i pouczająca – i nie chodzi mi wcale o samą formę czy sam przebieg egzaminu, bo to była sprawa dobrze zorganizowana i w gruncie rzeczy raczej dosyć sympatyczna. Samo jednak mobilizowanie się przed „godziną zero”, odliczanie dni, „przerabianie” (nie cierpię tego słowa!) zadań czy zagadnień – to zdecydowanie coś najzupełniej okropnego. Być może jest to wyłącznie moje doświadczenie, ale samo myślenie, ile jeszcze tego wszystkiego, wzmagało we mnie pragnienie, by wynieść się do jakiegoś nieznanego kraju, gdzie unschooling jest możliwy i legalny – i zapewne byśmy to już uczynili, gdyby nie różne przeszkody natury logistycznej, finansowej czy poznawczej (po prostu nie wiem, gdzie takie miejsce jest).
Co istotne, naszemu dziecku sam egzamin bardzo się podobał, bo było jasne, jak to będzie wyglądało, gdzie się odbędzie i z kim przy tej okazji się spotka (co jest niewątpliwą zaletą szkoły przyjaznej ED, w której jednak dziecko może uczestniczyć w ciągu roku szkolnego w zajęciach określanych jako dodatkowe). Poza tym dodatkową zaletę tej okoliczności była obecność mamy (i nieobecność rodzeństwa) i możliwość powędrowania do McDonald’s na lody – i to dwukrotnie, bo szczęśliwie dla ucznia egzamin ma dwie części.
Zaskakujące i interesujące zarazem było dla mnie jednak to, co przy okazji tego egzaminu wydarzyło się w mojej głowie. Miałam bowiem wrażenie, że ze zbliżaniem się wybranej przez nas daty coraz intensywniej kotłowały się we mnie wspomnienia rozmaitych egzaminów, które miałam okazję w życiu zdawać, a które zazwyczaj (z pewnymi wyjątkami, o których za chwilę) były doświadczeniami zupełnie obrzydliwymi. A trochę tego było, bo w czasach podstawówki chodziłam do szkoły muzycznej, maturę zdawałam w trybie bardzo starym (tj. w tym, w którym oceniającymi byli szkolni nauczyciele, a na uczelnie trzeba było zdać po maturze egzaminy wstępne), na pierwszych studiach (polonistycznych) większość przedmiotów zaliczało się ustnie, a na drugich z kolei pisemnie w formie testów wyboru (i nikt nigdy nie wiedział, czy jedno- czy wielokrotnego).
Mój wewnętrzny, osobisty model wydarzenia egzaminacyjnego wygląda więc wskutek tych wszystkich doświadczeń mniej więcej tak:
- Pluton egzekucyjny, składający się z jednego egzaminatora lub większej ich liczby, spogląda złowrogo i/lub z nieskrywanym znudzeniem czy niesmakiem na zdającego zza stołu prezydialnego przykrytego jakimś osobliwym rodzajem tkaniny.
- Zdająca (czyli ja) stoi lub siedzi samotnie naprzeciw plutonu egzaminatorskiego, sztywna, uroczysta i z poczuciem zupełnej pustki w głowie.
- Egzaminatorzy wyznaczają zadania lub zadają pytania, które zawsze wydają się zbyt trudne / podchwytliwe / podejrzanie proste (niepotrzebne skreślić).
- Zdająca odpowiada lub prezentuje z narastającym poczuciem żenady i pragnieniem ucieczki.
- Egzaminatorzy mniej lub bardziej uprzejmie reagują na odpowiedzi, a następnie wypraszają zdającą z sali.
- Zdająca oczekuje na wyniki, z narastającym przekonaniem, że to się nie mogło udać.
- Egzaminatorzy zapraszają do sali na ogłoszenie wyników.
- Zdająca wychodzi z poczuciem lekkiego lub nielekkiego straumatyzowania, niezależnie od usłyszanego wyroku, tfu, wyniku.
Zapewne ten model jest nieco przerysowany, ale najpewniej wynika to z faktu, że najlepiej zapamiętałam te najbardziej okropne egzaminy, jak roczne zaliczenia z instrumentu głównego czy rozmowa kwalifikacyjna na studia doktoranckie – w czasie których miałam zawsze wrażenie, że nauczyciele/wykładowcy chcą sobie nawzajem przy tym poudowadniać, czyj uczeń/student jest większym geniuszem czy durniem. Niezależnie jednak od tego, na ile jest to skutek zacierania się czy wybiórczego utrwalania w pamięci różnych faktów – gdy myślę o egzaminach, to właśnie jest moim punktem odniesienia, ukrytym programem, który funkcjonując gdzieś na granicy świadomości, przyczynia się do mocno zapewne nieadekwatnego narastania roboczego napięcia. Jest to o tyle trudne, że moje bazowe napięcie powiązane z codziennością mamy czwórki nie za dużych dzieci jest już całkiem sporo – dlatego takie sytuacyjne podbicie stawki okazało się nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza, że bardzo nie chciałam zarażać tym wirusem egzaminacyjnych traum dzieci i dać im szanse na zupełnie inne przeżywanie podobnych okoliczności. Nie wiem, na ile mi się to udało, a na ile wkręciłam im jednak to i owo – ale same egzaminy były naprawdę przyjemne i patrząc na naszą córkę, mam jednak przekonanie, że jej wewnętrzny model wydarzenia egzaminacyjnego jest jednak skrajnie odmienny od mojego. Gdybym miała pofantazjować i go schematycznie przedstawić, wyglądałby mniej więcej tak:
- Uczennica pisze egzamin w fajnej budce wyciszającej, a obok siedzi mama (która co jakiś czas zachęca do skupienia się).
- Uczennica idzie z mamą na lody do Maca.
- Uczennica ponownie przychodzi do swojej szkoły, wita się z nauczycielem egzaminującym, pokazuje mu przyniesione rękodzieło, a potem rozmawia z nim, mając zupełną swobodę ruchu i ekspresji.
- Uczennica znowu idzie z mamą na lody do Maca.
Jeśli więc czyta to ktoś, kto czeka na egzamin dziecka albo rozważa przejście dziecka na edukację domową – to być może wyczyta z tej mojej egzaminacyjnej opowieści następujący morał: fantazje i wewnętrzne modele rodzica więcej mówią o nim samym niż o dziecku i jego potencjalnych doświadczeniach, a egzaminy w edukacji domowej to nic strasznego, a raczej coś całkiem sympatycznego (i poniekąd dla samego rodzica korektywnego).
