Dlaczego pomagam? – SOS Mubende

Ewa Kubeczka

Czas czytania: 5 min.

Mam jakieś 14 lat, kiedy wybucha wojna na Bałkanach. Na moich Bałkanach, miejscu będącym dla mnie krainą wiecznej szczęśliwości, miejscu które niemal co roku odwiedzałam i  za zapachem którego tęskniłam od końca jednych wakacji do początku kolejnych.  Polska Akcja Humanitarna wysyła pierwsze konwoje sanitarne do oblężonego Sarajewa. Bałkany płoną, ludzie którzy gościli moją rodzinę pod swoim dachem giną, a ja jestem nadal w podstawówce i nie mogę nic zrobić. To jest ten moment, kiedy podejmuję decyzję, że kiedyś będę pomagała, może już nie na Bałkanach, ale gdzieś na pewno.

Piąty rok studiów, Kraków. Zajęć niewiele więc decyduję się na wolontariat w hospicjum. Na rozmowie kwalifikacyjnej dowiaduję się, że w hospicjum obowiązuje niepisana zasada niekorzystania z rękawiczek ochronnych, a wolontariusze nie mają wglądu w historię choroby pacjentów. Trochę mnie uwiera wmawianie mi, że to droga do budowania dobrych relacji z podopiecznymi. Relacja nie zależy od tego czy masz na sobie rękawiczki, nad relacją się pracuje. Niemniej jednak decyduję się podjąć to ryzyko.  Jakież jest moje zdziwienie kiedy składam dokumenty sądząc, że następnego dnia rozpocznę pracę i dowiaduję się nagle, że skoro jestem protestantką, to mój problem z brakiem rękawiczek rozwiązał się sam, bo oto moje wyznanie okazuje się przeszkodą w wymianie pieluchy umierającemu człowiekowi… 

Na czterdzieste urodziny dostaję książkę  Chrobot – życie najzwyklejszych ludzi świata. Czytam i czuję, że to jest odpowiedź na postanowienie, które podjęłam 26 lat temu. Poznaję historię siedmiorga ludzi z różnych części świata i od samego początku uderza mnie, jak bardzo są one zdeterminowane przez miejsce, w którym się urodzili. Niby już to wiem, niby od dawna mam tę świadomość, ale teraz dociera to do mnie ze zdwojoną siłą. Kończę czytać książkę i nie odkładam jej na półkę.  Natychmiast wysyłam do autora, Tomka Michniewicza wiadomość z prośbą o kontakt do Marggie.  Michniewicz odpisuje, że Marggie czeka już na wiadomość ode mnie.

Początkowo wysyłam co miesiąc pieniądze na ugandyjskie konto ALCCU Cares, organizacji założonej przez Marggie. Czasami do przelewów dokładają się moi przyjaciele, ale pieniędzy jest ciągle za mało. Marggie pisze, że w październiku będzie w Berlinie. Berlin nie leży za rogiem, ale zawsze bliżej tam, niż do Ugandy. Urządzamy więc rodzinny wypad do Berlina i tam poznaję kobietę, o której jeszcze parę miesięcy wcześniej tylko czytałam. Siedzimy i rozmawiamy. O wszystkim. O tym co przeżyłyśmy, jak nas to ukształtowało, ale przede wszystkim o nadziei. I choć pochodzimy z zupełnie różnych zakątków świata łączy nas wiara w to, że chcieć znaczy móc, jakkolwiek naiwnie czy patetycznie by to nie brzmiało. W listopadzie 2019 roku zakładam stowarzyszenie SOS Mubende, teraz mogę już myśleć o pomocy dla Ugandy w bardziej zorganizowany sposób.  

Niedługo potem kontaktuje się ze mną Agnieszka Pietraszek, dziewczyna która też przeczytała tę książkę i poleciała do Ugandy. W Mubende akurat potrzebna jest nowa studnia, dzieci noszą wodę z pobliskiej rzeki. Koszt budowy studni to 10 tysięcy dolarów. Organizujemy zbiórkę. Reakcje ludzi są różne i po raz pierwszy przychodzi mi się zmierzyć również z tymi nieprzychylnymi. Bo przecież można pomagać polskim dzieciom, bo kto to widział żeby to tyle pieniędzy kosztowało, bo jak wyślesz im te pieniądze to na pewno rozkradną, a studni nie zobaczysz… Niecałe dwa miesiące później, dzięki ofiarności ludzi, którzy nam zaufali, w Mubende stoi nowa studnia, która służy wszystkim okolicznym mieszkańcom. 

Niemal natychmiast po zebraniu funduszy na studnię, pojawia się potrzeba opłacenia podręczników i pomocy szkolnych dla dzieci uczących się w szkole Marggie. Organizujemy kolejną akcję i po raz kolejny udaje się zebrać niezbędną kwotę.

W międzyczasie startujemy z akcją „Trzystu wspaniałych”, mającą na celu znalezienie ludzi mogących wesprzeć finansowo naukę trzystu uczniów ze szkoły w Mubende. Akcja trwa, póki co owych „wspaniałych” w setkach liczyć nie możemy, ale wierzę że w końcu uda nam się zgromadzić wystarczająco liczne grono darczyńców.

Ugandy nie ominęła też pandemia koronawirusa. Mogłoby się wydawać, że to nic nadzwyczajnego, bo wirus podbijał kolejne kraje i nie robił wyjątków. Trzeba jednak umieć spojrzeć na tę sytuację w szerszym kontekście. W Ugandzie niewielu ludzi ma stałe zatrudnienie, większość zarabia z dnia na dzień imając się dorywczych zajęć. Nie mają zapasów, oszczędności. Wprowadzenie godziny policyjnej, ograniczenie ruchu samochodowego i inne obostrzenia zastosowane przez rządzących, odcięły tych ludzi od możliwości zarabiania na chleb. Odcięły ich również od opieki medycznej, do której dostęp i bez tego jest w Ugandzie niezwykle ograniczony. Stąd kolejna zbiórka pieniędzy, by zabezpieczyć chociaż podstawowe środki higieniczne i artykuły spożywcze dla mieszkańców Mubende.  Udało się zabezpieczyć najbardziej potrzebujących, ale zbieramy dalej.

Przed nami wiele do zrobienia, ale im więcej nas będzie, tym szybciej zapewnimy ugandyjskim dzieciom możliwość zdobycia wykształcenia, a to z kolei otworzy przed nimi drzwi, przed którymi bez naszego finansowego wsparcia, nie mogłyby nigdy stanąć.

Mam wrażenie, że zbyt wielu ludzi nadal nie ma świadomości swojego uprzywilejowania.  Wydaje nam się często, że to co w życiu osiągnęliśmy jest zasługą naszej pracowitości, inteligencji, wytrwałości i paru innych cech. Poniekąd jest to prawdą. Niemniej jednak warto zatrzymać się na chwilę od czasu do czasu i otworzyć szerzej oczy. Może wtedy łatwiej będzie nam dostrzec, że wszystko to, co osiągnęliśmy, zawdzięczamy nie tylko sobie, ale i temu, gdzie się urodziliśmy i gdzie przyszło nam żyć. Może łatwiej będzie nam sobie uświadomić, że mamy to co mamy, bo startowaliśmy z zupełnie innego pułapu, niż ludzie którym przyszło się urodzić w innych częściach świata. Nie jest naszą zasługą kolor skóry czy narodowość. Religia, którą wyznajemy to też najczęściej ta, w której zostaliśmy wychowani.

Marzę o świecie, w którym ludziom starcza odwagi by zamknąć oczy i choć na chwilę zobaczyć siebie samych śpiących  w chacie z gliny na zatęchłym materacu. O świecie, w którym wyzwolone kobiety spoglądają w lustro świadome, że gdyby urodziły się gdzie indziej, miałyby na głowie hidżab. O świecie, w którym dzieciom starcza wyobraźni by zobaczyć siebie same idące do szkoły cztery godziny w jedną stronę. Marzę o świecie, w którym ludzie świadomi swojego uprzywilejowania wyciągają pomocną dłoń do tych, którzy już na początku swojego życia zostali pozbawieni pewnych możliwości. I wierzę, głęboko wierzę, że ten świat jest możliwy.

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on google
Share on reddit
Share on whatsapp
Share on email
Share on telegram

Dołącz do dyskusji

może cię zainteresować

Lekcja o koronawirusie

Lech Mankiewicz, osoba, która była zaangażowana w tworzenie polskiej wersji portalu Khan Academy, nagrała kilka dni temu bardzo ciekawą lekcję dotyczącą koronawirusa. „COVID -19 –

Czytaj więcej »

Wiosna bez egzaminów

W ślad za International Baccalaureate, które o odwołaniu majowej sesji egzaminacyjnej poinformowało 23 marca, zgodnie z zaleceniami rządu egzaminy maturalne A-levels odwołał odpowiedzialny za egzaminy

Czytaj więcej »

SEGREGATED CITY

Podczas gdy w Polsce zajmujemy się takimi sprawami jak reforma edukacji, strajki nauczycieli czy rejonizacja szkół, są kraje, z których problemów możemy nie zdawać sobie

Czytaj więcej »

Nauka vs

Często przyjmujemy pewne stwierdzenia za pewnik, bo usłyszeliśmy o nich jeszcze w szkole, od rodziców lub gdzieś o nich przeczytaliśmy. Z przekonaniem o solidnych podstawach

Czytaj więcej »

Jesteś zaangażowanym rodzicem, opiekunem?

Chcesz jeszcze lepiej uczyć swoich uczniów i uczennice?

Dołącz do e:mi - zapisz się do newslettera

Jesteś zaangażowanym rodzicem, opiekunem?
Chcesz jeszcze lepiej uczyć swoich uczniów i uczennice?
Dołącz do e:mi - zapisz się do newslettera
O Nas - krótko

Dodajemy odwagi do zmian w edukacji.
Prezentujemy nowatorskie rozwiązania.
Tworzymy przestrzeń do dyskusji.

Przewiń do góry