Na czym wolno leżeć przedszkolakom i po co im lustro?

Zofia Bielińska
0 komentarze

Z pamiętnika wiejskiej przedszkolanki 

Wszystkie opisane tu sytuacje miały miejsce naprawdę. Wydarzyły się w jednym z oddziałów przedszkolnych wiejskiej szkoły podstawowej.

W połowie listopada sekretarka poinformowała mnie, że mam ponad tysiąc złotych do wydania na zabawki i materiały biurowe. Od razu powiedziała mi, czego najbardziej w tym przedszkolu potrzebujemy… Nie komentując jej sugestii, zapytałam ją, czy mogę kupić coś do odpoczynku, bo brakuje nam takiego przytulnego kącika, zwłaszcza dla najmłodszych dzieci. Podała mi nazwę firmy – jedynie słusznej, takiej co wszystko ma atestowane, a przez to bezpieczne, ale drogie. 

W głowie rodził mi się plan kupowania co roku jednej rzeczy trwale zmieniającej naszą przestrzeń zamiast plastikowych zabawek czy nawet edukacyjnych klocków i puzzli. Na książki dostałam inną pulę pieniędzy, nb. też ze wskazywaniem księgarni, w której mam je wydać. (Wtedy jeszcze chciałam pracować w tym przedszkolu dłużej niż tylko rok, więc starałam się zrobić przemyślane zakupy.)

Worki sako

Znalazłam wielkie wory z miękkiego aksamitu, wypełnione styropianowymi kuleczkami, dopasowujące się kształtem do osoby siedzącej. Przed zamówieniem pokazałam swój wybór sekretarce, gdyż na “audiencję” u wiecznie nieobecnej dyrektorki nie chciało mi się czekać. Sekretarka załamała ręce, bo tego to nam sanepid nie przepuści! Mimo że były z jedynie słusznej firmy. Przyznałam jej rację. Tego aksamitu rzeczywiście nie było jak zdezynfekować, a że był rok 2023, to brałyśmy pod uwagę powrót covidovego lub innego szaleństwa (chociaż dywan równie trudny do dezynfekcji i równie łatwy do wyniesienia wrócił do sali). 

Wysłuchałam porad sekretarki o najlepszych leżakach i nie powiedziałam ani słowa o spoconych pleckach, jakie oglądałam w poprzednim przedszkolu u dzieci po dwóch godzinach spędzonych na czymś takim. Co z tego, że plastik do leżenia jest dziurkowany? I tak nie oddycha! Poza tym nie widziałam miejsca w naszej sali na te praktyczne, wkładane jeden do drugiego leżaki, za to wyobrażałam sobie, jak ich intensywne, wesołe kolory wzbogacą pstrokaciznę, w której sama na co dzień miewałam trudności z dostrzeganiem istotnych elementów przestrzeni. 

Zamówiłam dwa wory, tyle że nie z aksamitu, a ze śliskiego skaju. Beżowe.

Lustro 

Pieniędzy jeszcze trochę zostało, więc uznałam, że kupię lustro, aby moje dzieci mogły samodzielnie umyć buzię. Irytowało mnie, że nikt nie pomyślał o lustrze nad umywalką dzieci, co w łazienkach dla dorosłych jest raczej standardem. 

Nie znalazłam w jedynie słusznym sklepie małego lustra łazienkowego, ale było na wyprzedaży większe, w drewnianej ramie, podklejone czymś tak, że nawet po rozbiciu szkło miało się nie rozprysnąć na wszystkie strony. Oczywiście atestowane. Od razu pomyślałam o zajęciach dramowych rozwijających świadomość ciała i o naszym Aspusiu, który mógłby obserwować przed lustrem swoje miny wyrażające różne emocje. A co z myciem buzi brudnej od jedzenia i farbek plakatowych? Uznałam, poćwiczą pamięć i koncentrację, spoglądając do lustra  w sali i myjąc się w łazience. Była w tym niedogodność, ale rozumiałam, że trzeba iść na kompromis. 

Wydałam resztę środków z budżetu na ten rok i cieszyłam się, że ich przeznaczenie na zabawki i materiały biurowe jest tylko umowne.

Efekty 

Radość dzieci była ogromna. Worki służyły im do skakania, slalomów, budowania wieży, chowania się pod nie i za nie, zabawy w kanapkę, a także do odpoczynku. Na nich słuchały czytanych przeze mnie bajek i oglądały nasze zdjęcia na dużym ekranie.  Przez pół roku.  

Później zaczęły się wakacje, mój urlop i zmiana przedszkolanki. Kiedy wróciłam w sierpniu do pracy na kilka dni, worków już nie było. Być może zostały skradzione, lecz równie możliwe jest, że zalegają na szkolnym strychu, gdzie nikomu nie przeszkadzają w wycieranie podłogi i równym ustawianiu krzesełek. 

Lustro powiesił nam w sali konserwator. Chciał jak najwyżej – dla bezpieczeństwa. Krakowskim targiem poprosiłam o taki kąt nachylenia, który pozwalał dzieciom przejrzeć się w nim. Konserwator nie rozumiał, po co dzieci mają się przeglądać w lustrze, ale uszanował moją prośbę. Resztą zajęły się dzieci – miały milion pomysłów na zabawy przed lustrem. Indywidualnie, w parach i całą grupą.

Lustro wisi w przedszkolu do dziś. Być może demontaż był za trudny, a może po prostu nie przeszkadza nikomu z dorosłych. W sumie dobrze, że nie znalazłam małego lustra nad umywalkę, bo pewnie byłoby ciągle zachlapane i mogłoby komuś przeszkadzać. 

Szkoda, że w przedszkolu dobrze musi być wszystkim ludziom oprócz dzieci. Przecież to one spędzają tam najwięcej czasu… 

Może Cię zainteresować:

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności

Weź udział w II Unconference e:mi!

⏰ 11 maja, 18.00
📍 Widzimy się na Zoom!

Udział bezpłatny · limit 100 miejsc