Zwiedzanie. Można inaczej?

Maria Drozdowicz
0 komentarze

Niedawno po raz pierwszy w życiu udało mi się odwiedzić Rzym. Była to od dawna wyczekiwana wizyta, pojechałam przygotowana, z planem, z zarezerwowanymi odpowiednio wcześniej biletami wstępu. I jak to zazwyczaj bywa przy okazji dobrze zaplanowanych wyjazdów – wydarzyło się nadzwyczaj dużo rzeczy nieoczekiwanych; zamiast nowej wiedzy przywiozłam z wyjazdu jeszcze więcej pytań. Jednym z nich jest: co to znaczy zwiedzać?

Spędziłam w Rzymie tydzień. Rok 2025 to ogłoszony przez papieża Rok Jubileuszowy, ważny dla katolików ze względu na możliwość otrzymania odpustu zupełnego dzięki przejściu przez święte drzwi jednej z czterech bazylik papieskich 

(św. Piotra, św. Pawła, św. Jana na Lateranie, Santa Maria Maggiore), najważniejszych kościołów wiecznym mieście. Jubileusz  sprawił, że zwyczajowa niewyobrażalna liczba turystów, powiększała się dodatkowo o pielgrzymów.

Przemierzyłam na piechotę najważniejsze zabytki starożytnego imperium. Obejrzałam architekturę, rzeźbę, malarstwo. Zachwycające kościoły. Przytłaczający był nie tylko tłum, lecz także myśl o tym, w jaki sposób jedno miasto może pomieścić tyle historii. 

Kaplica Sykstyńska

Ostatniego dnia w planie były Muzea Watykańskie i Kaplica Sykstyńska. Zarezerwowałam wcześniej wstęp obejmujący zwiedzanie z przewodnikiem. Byłam na miejscu po ósmej rano, a kolejka już sięgała do końca murów Watykanu. Jako szczęśliwa posiadaczka biletu mogłam ją ominąć i udać się od razu na miejsce spotkania z grupą.

Wycieczka rozpoczęła się punktualnie o 9.00 – od rozdania trzeszczących słuchawek i informacji, że nie wejdziemy wspólnie do Kaplicy Sykstyńskiej, ponieważ będzie tam za dużo ludzi. Są za to specjalnie na tę okoliczność przygotowane tablice z najważniejszymi freskami, przy których (brzmiąca jak automat) przewodniczka opowiedziała nam o najważniejszych przedstawieniach, abyśmy byli przygotowani do samodzielnego ich oglądania. Następnie, przedzierając się przez dżunglę sztuki i przepływając przez morze zapatrzonych w nią ludzkich głów, odbyliśmy dzielnie naszą wyprawę, której rezultaty trudno mi było ocenić. 

W czasie oprowadzania poznałam Marco, studenta architektury z Chicago, który obecnie studiuje przez semestr w Barcelonie i podróżuje po Europie w ramach różnych przedmiotów i zadań zaliczeniowych. Wymieniliśmy kilka uwag, zrobiliśmy zdjęcia, a gdy wycieczka z przewodniczką dobiegła końca, zdecydowaliśmy, że dalej zwiedzamy razem. 

Przeszliśmy przez galerię sztuki współczesnej i długie korytarze prowadzące do Kaplicy. Czasem zatrzymywaliśmy się i rozmawialiśmy o rzeczach, które nas zainteresowały lub rozbawiły. W Kaplicy, ściśnięci jak mrówki w mrowisku długo zastanawialiśmy się, dlaczego właściwie Adam (na  fresku  Michała Anioła Stworzenie Adama) nie wyciągnie ręki do Boga, dlaczego odmawia zetknięcia. Ich palce nie spotykają się, choć wystarczyłby przecież jeden nieznaczący ruch…

Po odwiedzinach w Kaplicy i krótkiej przerwie na kawę, poszliśmy do Pinakoteki obejrzeć dzieła starych mistrzów. Może to zmęczenie, a może dobre humory po zjedzeniu słodkiego cornetto sprawiły, że w obrazach, które każdy zwiedzający po prostu przebiegał wzrokiem i mijał (i sami byśmy je zapewne też po prostu minęli – w Muzeach Watykańskich nie da się zobaczyć wszystkiego), odnajdywaliśmy nie tylko historię, zabiegi formalne i piękno, lecz także ciekawość, śmiech i… namalowane pieski. Naliczyliśmy ich dwadzieścia jeden. 

Po Pinakotece chcieliśmy przemieścić się do kolejnych sal, lecz bardzo już zmęczeni utknęliśmy w połowie drogi. Usiedliśmy na ławce na jednym z tarasów z widokiem na Bazylikę św. Piotra. Tam, w długiej rozmowie, zwiedziliśmy Wyspę Artura (z powieści Elsy Morante), Most na Drinie (z książki jugosłowiańskiego pisarza Ivo Andrića), Niewidzialne miasta (Italo Calvino). Widzieliśmy też pawilon wystawowy w Barcelonie (Misa van der Rohe), kaplicę w Ronchamp (Le Corbusiera), a także Warszawę i Chicago. 

Kaplica Notre Dame du Haut w Ronchamp

Ta niespodziewana „podróż w podróży” doprowadziła nas jednak do pewnej konsternacji: dlaczego nie zwiedzamy? Wszak nie tak często bywa się w Watykanie. Wtedy podnieśliśmy głowy, rozejrzeliśmy się dookoła, a odpowiedź stała przed nami: był nią budynek sam w sobie. Został przecież zaprojektowany dokładnie w taki sposób, by usiąść tam, gdzie siedzieliśmy, by go nie zauważać, gdy nie ma takiej potrzeby i zachwycić się nim, gdy się przyjrzy, zatrzyma, pomyśli. Być może na tym polega wielkość tej architektury – nie narzuca się, ale użycza siebie; czyni spotkania, a tym samym poznawanie nieograniczające się do jej własnych murów możliwymi.

I tak w czasie mojej ostatniej podróży do Rzymu, doświadczyłam nie tylko patrzenia, lecz także prawdziwej, inspirującej próby zrozumienia miejsca. W zachwycie skarbami Watykanu, w radości spotkania i wdzięczności dla Marco za jego ogromną wiedzę i niegasnące zainteresowanie, zastanawiam się, co tak naprawdę znaczy zwiedzać oraz czy w ogóle powinien istnieć aspekt dokonany tego czasownika.

Może Cię zainteresować:

Zostaw komentarz

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności