Co zyskałam, nie zgadzając się na publikację wizerunku dziecka

Zofia Bielińska
0 komentarze

Z pamiętnika wiejskiej przedszkolanki 

Media społecznościowe przedszkola to już standard. Nie obowiązek, ale standard. Poznałam je jako nauczycielka, a teraz poznaję jako rodzic. Perspektywy dziecka na własnej skórze nie doświadczę, na szczęście nie muszę. Za to czuję, że stąpam po cienkim lodzie, decydując za własne dziecko.

Nie miałam nic przeciwko publikacji wizerunku czyjegokolwiek, dopóki nie przejrzałam przedszkolnych fanpage’y na Facebooku. Najpierw byłam przerażona, później zażenowana reakcją przedszkolanki i dyskryminacją dzieci bez zgody na publikację ich wizerunku, lecz ostatecznie poczułam wolność. Nawet nie wiedziałam, że tyle zyskam i że będzie to tak cenna lekcja dla mojego dziecka. 

Wstrząsające odkrycie

Na etapie wyboru przedszkola przeglądaliśmy z mężem fanpage’e różnych placówek na Facebooku. Mój mąż zaczął rozpoznawać dzieci swoich znajomych z okolicy. Niektóre znał z widzenia, inne rozpoznawał po urodzie odziedziczonej po miejscowych przodkach. Co kilka dni przedszkole publikowało zdjęcia z urodzin kolejnych dzieci. Wszystkie podpisane: trzecie urodziny Wiktorii, czwarte urodziny Igorka. Na zdjęciach za każdym razem grupa dzieci, spośród których jedno ma na głowie kolorową, spiczastą czapkę, więc nietrudno odgadnąć, który to Igor, która to Wiktoria. 

— Rany! Jakie to daje możliwości! – zawołałam i wyjaśniłam zdziwionemu mężowi, że dzięki takim postom mogę jako obca osoba każde z tych dzieci zawołać po imieniu, a nawet złożyć im życzenia urodzinowe, czym zapewne wzbudzę ich ufność i będę mogła ją dowolnie wykorzystać. Nawet jako dorosła uwierzyłabym, że ktoś z taką wiedzą o mnie musi należeć do kręgu bliskich mi osób, nawet jeśli nie kojarzę jego twarzy. Już nie trzeba dzieciom obiecywać cukierka w samochodzie jak za naszych czasów, ponieważ przedszkole publikuje paczkę danych: imię, datę urodzenia, wizerunek, adres przedszkola. To wszystko za zgodą rodziców. A że to przedszkole publiczne, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można się spodziewać, w jakim rejonie mieszka dziecko. Nietrudno spotkać je na spacerze, w sklepie, w kościele, na festynie. 

Utrwalanie zamiast przeżywania 

Niektóre przedszkola potrafią publikować posty z każdej codziennej aktywności. Niektóre nawet kilka razy dziennie. Kto robi te zdjęcia? Nauczycielki i pomoce przedszkolne. Ich samych na ogół na zdjęciach nie widać, bo przecież mało kto chce pokazywać publicznie każdy swój krok, każdy swój stan w lepsze i gorsze dni. Szkoda, że dzieci nie mają wyboru… 

Zdarzyło mi się kiedyś pracować w szkole specjalnej, gdzie dyrektorka wymagała od wszystkich nauczycielek codziennych fotorelacji. Najbardziej ceniła te podwładne, które nauczyły swoje dzieci uśmiechać się do zdjęć niezależnie od nastroju i przeżywanych emocji. W zasadzie nieistotne było, co dzieje się na zajęciach, tylko jak wygląda to w obiektywie. Nie poszłam za tym trendem, bo naprawdę uważam, że są w życiu bardziej przydatne umiejętności, a podczas zajęć wolę skupić się na przeżywaniu niż na utrwalaniu. 

— Nauczyciel jest od uczenia, a nie od robienia zdjęć — powiedział mi dyrektor, u którego prowadziłam gościnnie zajęcia finansowane z jakiegoś projektu. Byłam przyzwyczajona do produkowania “„dokumentacji fotograficznej” (czasem nawet po zakończeniu zajęć projektowych, bo tak też się da), aż tu po wielu latach odkryłam, że można pracować i bez tego. Czy coś to zmieniło? Tak, przestałam sięgać po telefon w czasie zajęć. Zyskałam wolną głowę, wolne ręce i mogłam dzieciom dać więcej uwagi, a do tego lepszy przykład higieny cyfrowej. 

Dla kogo te zdjęcia? 

Promowanie działalności przedszkola ma służyć pozyskiwaniu nowych kandydatów, co w czasach niżu demograficznego jest nie bez znaczenia. Do promocji zwykle nie zatrudnia się dodatkowych osób ani firm zewnętrznych. Jakie są tego efekty? Różne. Wszystko zależy od możliwości nauczycielek zajmujących się tym obowiązkiem, nacisków ze strony dyrekcji i samych rodziców, którzy też potrafią się domagać więcej zdjęć. 

Nauczyciele fotografują, jak potrafią. Odbiorcami internetowych publikacji są głównie rodzice i dziadkowie przedszkolaków, a nie potencjalni nowi “„klienci”. Fanpage zamienia się w kronikę. Subtelne uwodzenie odbiorcy i przywiązywanie go do marki nie ma tu miejsca, bo trudno oczekiwać od nauczycieli efektów, na które w firmach pracują całe zespoły specjalistów. 

Dyrektor, który twierdził, że nauczyciel nie jest od robienia zdjęć, wyjaśnił mi, jak szybko rozchodzą się wiadomości w jego miasteczku. Żadne media społecznościowe naprawdę nie są do tego potrzebne. Szerszą grupą docelową nie był zainteresowany, więc uznał, że nie będzie tracił czasu i energii swoich pracowników.

Antyreklama

Nie wszyscy myślą w ten sposób. Są placówki oświatowe (nie tylko przedszkola), które przy okazji pokazywania swojej działalności chwalą się pogardą dla zasad polskiej pisowni. Nie chodzi mi tu o jakiś pojedynczy błąd ortograficzny, lecz notoryczne nadużywanie zdrobnień, błędną pisownię łączną lub rozdzielną, brak znaków interpunkcyjnych lub nagromadzenie dużych liter przypominające bardziej niemiecki niż polski. Powstają wpisy typu: 

Źródło: Facebook, nazwy profilu nie wymienię, publikacja z 1 czerwca 2026 roku, dostęp: 20 sierpnia 2026 roku.

Nauczyciel nie musi znać się na robieniu zdjęć ani na marketingu, lecz słowo jest jego podstawowym narzędziem pracy, władania językiem polskim uczył się przez wiele lat w szkole i na studiach, więc oczekiwanie, że napisze w miarę poprawnie kilka zdań, naprawdę nie jest wymaganiem na wyrost. 

Od nauczycieli można też oczekiwać empatii i uważności, tymczasem przedszkolne media społecznościowe dostarczają nam zdjęć, na których bohaterowie drugich planów dłubią w nosach, zadzierają sobie spódniczki i robią inne rzeczy normalne i powszechne w ich grupie wiekowej, ale kulturowo uznawane za wstydliwe. Co promuje przedszkole takimi zdjęciami? Przecież każde z tych dzieci za kilka lat będzie dorastać, a 

Tylko pani jedna…

Nie zgodziłam się na publikację wizerunku mojego dziecka przez przedszkole. Pierwsze sankcje spotkały mnie już w dwóch następnych oświadczeniach, które udział dziecka w dodatkowych zajęciach i programach edukacyjnych uzależniały od mojej zgody na publikowanie jego wizerunku i danych osobowych. Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom:

  • Oświadczam, że wyrażam/ nie wyrażam zgodę na udział mojego dziecka w zajęciach dodatkowych prowadzonych w placówce tkj: język angielski, zajęcia muzyczno-rytmiczne, logopedia, gimnastyka korekcyjna oraz udział w wycieczkach, konkursach organizowanych w przedszkolu i poza placówką, jak też publikowanie danych osobowych związanych z realizacją zadań statutowych przedszkola na naszej stronie internetowej, Facebooku, gazetkach, tablicach i gablotach przedszkolnych. 
  • Oświadczam, że wyrażam/ nie wyrażam zgodę na udział i publikowanie wizerunku mojego dziecka w programach edukacyjnych i różnych akcjach realizowanych przez Przedszkole nr X zatwierdzonych przez Radę Pedagogiczną na rok szkolny 2025/2026. 

Zapytałam, jak to wygląda w praktyce. Czy mam odbierać dziecko w każdą środę o jedenastej i przyprowadzać o wpół do dwunastej, gdy skończy się angielski? — Nie, absolutnie nie! To jest tylko tak napisane — usłyszałam w odpowiedzi. Rok później dostałam do prawie te same oświadczenia. Ręce mi opadły. Już o nic nie pytałam. 

W pierwszym roku naszej przedszkolnej przygody wychowawczyni mojego dziecka zapytała mnie, jak ona ma robić zdjęcia, gdy trzeba promować przedszkole, a ja tu jako jedyna taki brak zgody oddaję. Zaczęłam się tłumaczyć, jak przystało na winną, że te zdjęcia urodzinowe mnie przerażają… Przerwała mi. — U nas NIGDY takie sytuacje nie miały miejsca — powiedziała stanowczo. Zdjęcia z urodzin wkrótce zniknęły z przedszkolnego fanpage’a, a ja sama zaczęłam ironicznie przekonywać pamiętających je rodziców, że to była nasza zbiorowa halucynacja. 

Kłamstwem wychowawczyni okazało się również to, że jako jedyna nie wyraziłam zgody na publikację wizerunku dziecka. Taki wniosek wyciągnęłam z opowieści naszego syna.  — Dzisiaj wszyscy siedzieli na dywanie, a my z Jagą z boku na stoliku. My nie mogliśmy podejść — mówił i widziałam, że próbuje zrozumieć tę sytuację. Mama Jagi wyznała mi, że oni z mężem nie mogą się zgodzić na publikację wizerunku córki z powodu pracy. Powiedziała też, że przedszkolanki opowiadają jej, jak Jaga wchodzi im przed obiektyw, bo bardzo chce być fotografowana, więc jako matka radzi im, żeby robić Jadze zdjęcia, tylko ich nie publikować. Ale o zgodę na robienie dzieciom zdjęć nikt rodziców w tym przedszkolu nie pyta. Proszono nas wyłącznie o zgodę na publikację wizerunku i danych osobowych, a to duża różnica.

Zasłonięcie twarzy na zdjęciu jakimś obrazkiem, usunięcie dziecka ze zdjęcia przez wykadrowanie lub sto innych sposobów na niepublikowanie wizerunku bez dyskryminacji nie zostało wzięte pod uwagę.

Wątpliwości 

Początki były bolesne dla wszystkich stron. Maciuś i Jaga nie rozumieli, dlaczego nie mogą usiąść na dywanie z innymi dziećmi, a w przedszkolu nikt im tego nie tłumaczył. Mnie serce bolało, gdy słuchałam o bezmyślności i bezduszności przedszkolanek. Grono pedagogiczne przeżywało szok i adaptowało się do mnie, matki-wariatki, unikając jak ognia jakiejkolwiek rozmowy ze mną.

Miałam wątpliwości, czy to dobra decyzja. Zwłaszcza gdy mój mąż przeglądał relację z jakiegoś przedszkolnego wydarzenia, a towarzyszący mu przed ekranem syn zauważał, że nie ma go na żadnym zdjęciu. Pytaliśmy wtedy naszego Maciusia, czy chciałby być na zdjęciach. Odpowiadał, że tak. Wtedy tłumaczyłam mu, że rodzice kolegów będą oglądać je tak jak my teraz i że będą mogli zobaczyć bardzo różne zdjęcia, również takie, gdzie dłubie w nosie, przygryza koszulkę, ma otwartą buzię. Zmieniał zdanie. 

Była to decyzja trzylatka, więc nie opuszczały mnie wątpliwości, czy dobrze robię.

Czas na zyski

Po kilku miesiącach zaczęło do mnie docierać, jak moja decyzja zmienia przedszkole i nasze dziecko. 

Na przedszkolnym fanpage’u przestało się pojawiać kilka publikacji dziennie. — Teraz to nawet nie wiadomo, co się w tym przedszkolu dzieje. W zeszłym roku, zanim odebrałam córkę, to już z Facebooka wiedziałam wszystko, co która grupa robiła — usłyszałam od jednej mamy. Nie tłumaczyłam jej, że przyłożyłam do tego rękę i że bardzo się z takiej zmiany cieszę. — Teraz trzeba z dziećmi rozmawiać. Jest okazja, żeby uważniej ich słuchać — odpowiedziałam z uśmiechem. 

Z powodu mojej decyzji nasz trzyletni Maciuś najpierw przeżył niezrozumiałe wykluczenie, ale po jakimś czasie dotarło do niego, że może odmówić, gdy ktoś chce mu zrobić zdjęcie. Któregoś dnia podniosłam w domu telefon, żeby zarejestrować jakąś jego nową umiejętność, a on wyciągnął prostą rękę w moim kierunku i zasłonił lekko twarz swoją dłonią. — Mnie nie wolno robić zdjęć — powiedział tonem celebryty. Opuściłam telefon i z uśmiechem pomyślałam, że za jakieś dziesięć lat taka postawa może go chronić przed memami z wykorzystaniem jego wizerunku. Od tego dnia zaczęłam pytać go o zgodę na zdjęcie. Zwykle mówię mu, do kogo zamierzam je wysłać. Z czasem doszła jeszcze autoryzacja naszego kilkulatka. To czasochłonne, ale widzę w tym dużą wartość. 

Równolegle do asertywności rozwijała się samodzielność Maćka. Jaki to ma związek z publikacją zdjęć? Kiedy założył sobie dziurawe spodnie i ulubioną koszulkę z niedopranymi plamami, pogratulowałam mu samodzielności, upewniłam się, że plama i dziura nie przeszkadzają mu, po czym tak ubranego odprowadziłam do przedszkola. W progu powiedziałam wychowawczyni, że ubrał się zupełnie sam i szepnęłam, że w półce ma ubrania w lepszym stanie, jakby to był problem. W takich chwilach cieszyłam się, że jego wizerunek nie będzie publikowany. Grono postronnych obserwatorów i komentatorów znacznie się zawężało. 

W kolejnym roku szkolnym pod oświadczeniami, które dostaliśmy do podpisu, pojawiła się adnotacja: Jestem świadomy/świadoma zagrożeń z tym związanych. Podpisałam je z ciężkim sercem, bo już dobrze wiedziałam, jaką dyskryminacją grozi mój brak zgody, jednak bilans zysków i strat utwierdził mnie w przekonaniu, że warto iść pod prąd.  

Daleka droga

Gdy spoglądam wstecz, widzę jak daleką drogę przemierzyliśmy w publikacji zdjęć dzieci. 

Moich rodziców nikt nie pytał o zgodę na publikację mojego wizerunku, ale też okazji ku temu było niewiele. W latach dziewięćdziesiątych trzeba było się czymś wyróżnić, aby prasa lub telewizja opublikowały czyjeś zdjęcie (chociaż grupowe) albo imię i nazwisko. Pamiętam jedno nieporozumienie związane z przyznaniem nagród dzieciom ze szkół podstawowych całej gminy za udział w konkursach przedmiotowych i zawodach sportowych. Lokalny biuletyn podał nazwiska nagrodzonych i kwotę przeznaczoną na wszystkie nagrody. Zostało to napisane na tyle dwuznacznie, że moim rodzicom zaczęto gratulować grubej kasy, jaką rzekomo przyznała mi gmina. Śmialiśmy się z tego. Nikt nie domagał się sprostowania tak błahej niejednoznaczności. 

Znacznie łatwiej było dostać się na szkolną gazetkę, czyli tablicę z zawieszonymi informacjami i czasem też zdjęciami. Stamtąd po kilku tygodniach publikowany wizerunek był całkowicie usuwany i trafiał do kroniki szkolnej, albumu klasowego lub do właściciela fotografii.

Kiedy moje pokolenie dostało narzędzie w postaci Naszej Klasy, a później innych mediów społecznościowych, publikację zdjęć ograniczały tylko możliwości techniczne i usposobienie człowieka. Trend nie ominął instytucji edukacyjnych. Refleksja przyszła z czasem. Regulacje prawne też.  

Podejmując decyzję za swoje dziecko, zastanawiam się zawsze, czy w przyszłości zechce pozwać mnie za to, że wyraziłam zgodę na publikację jego wizerunku czy za to, że jej nie wyraziłam. Każda decyzja pociąga za sobą dobre i złe konsekwencje.

Przedszkolne dokumenty są tak skonstruowane, aby zachęcać do wyrażania zgody na wszystko. Oświadczam, że wyrażam/ nie wyrażam zgodę… — nawet forma gramatyczna sugeruje, co należy podkreślić. Są jednak miejsca, gdzie w ogóle nie pozastawia się wyboru. Zgadzając się na udział dziecka w wystawie prac plastycznych, wyrażasz zgodę na nieodpłatne utrwalanie i publikowanie jego wizerunku na stronach internetowych i mediach społecznościowych organizatora wystawy. Rozumiem, że to wygodne, ale czy konieczne? Przecież to wystawa prac plastycznych, a nie konkurs piękności. Dlaczego wyklucza się możliwość udziału w nim pewnej grupie dzieci? 

Brak zgody na publikację wizerunku dziecka nie zawsze wynika z fanaberii rodziców czy — jak w moim przypadku — wybujałej wyobraźni, na której wyrastają bardziej lub mniej uzasadnione lęki. W tej grupie znajdują się rodzice adopcyjni, którzy obawiają się rozpoznania dziecka przez rodzinę biologiczną, ofiary przemocy ukrywające się przed oprawcami, sędziowie karniści, policjanci kryminalni. Dobro dzieci wciąż przegrywa z wygodą dorosłych, którzy dążą do nieograniczonego wykorzystywania wizerunku małoletnich do promocji.

Może Cię zainteresować:

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności

Weź udział w II Unconference e:mi!

⏰ 11 maja, 18.00
📍 Widzimy się na Zoom!

Udział bezpłatny · limit 100 miejsc