Wywiad z Ashani Hirway. Montessori w Indiach

Joanna Irzyk
0 komentarz

Od prawie 4 lat szukałam przedszkoli w Mumbaju, które  dają dzieciom prawo wyboru i pozwalają im rozwijać się „po swojemu”, zamiast metodycznie przygotowywać do rozmów wstępnych do klas pierwszych w lokalnych szkołach (tak… azjatycka konkurencja zaczyna się w żłobku).

W ten oto sposób spotkałam Ashani Hirway. Ukończyła studia w Indiach i USA, pracowała jako inżynier w Dolinie Krzemowej, po studiach MBA w Stanach Zjednoczonych rozwijała swoją karierę zawodową w Nowym Jorku i Mumbaju. Od zawsze interesowała się edukacją, ale dopiero gdy urodziła swoje pierwsze dziecko, postanowiła pójść za głosem serca i poświęcić się swojej pasji całkowicie. Zrozumiała, że współczesny system edukacji w Indiach od najmłodszych lat przygotowuje dzieci „do egzaminów”. Ukończyła więc kurs Montessori prowadzony przez Association Montessori Internationale i już w 2010 roku otworzyła swoje pierwsze przedszkole Da Vinci Montessori.

Spotkałyśmy się w mumbajskiej kawiarni prawie 12 lat później.

Joanna Irzyk: Zaraz po przyjeździe do Indii odkryłam niesamowitą historię życia Kiry i Eugeniusza Banasińskich. Opowiedziałam o niej w skrócie w artykule Maria i Kira – początki metody Montessori w Indiach. Założyli oni pierwszą w Indiach firmę produkującą materiały Montessori.

Ashani Hirway: Jak się nazywa ta firma?

JI: Keybee, od inicjałów Kiry Banasińskiej.

AH: Pierwsze materiały, które kupiłam do Da Vinci Montessori ponad 10 lat temu, były z Keybee. Wiedziałam, że założycielka nie była z Indii.

JI: Była z Polski. Znam początki historii Montessori na subkontynencie, a dziś chciałabym Cię zapytać o Twoje doświadczenia z ruchem Montessori we współczesnych Indiach.

AH: Biorąc pod uwagę aspekt kulturowy, tradycyjny system edukacji w Indiach opiera się na zasadach, których trzeba przestrzegać, dyscyplinie i hierarchii. To jest Twoje miejsce, a tu, po drugiej stronie jest nauczyciel. Nauka nie ma być przyjemna, jak się pomylisz, zostaniesz skrzyczana. Wszystko to jest niedemokratyczne i nie montessoriańskie. Wiele z tego wynika z wiekowych tradycji.

JI: Mam podobne spostrzeżenie. Hierarchiczność jest największą przeszkodą, bo poza nią ludzie,  których spotykam, są z natury mili, pomocni, opiekuńczy względem dzieci, kochają maluchy za to kim są.

AH: Bardzo ciężko nad tym pracujemy w naszych przedszkolach, chcemy to zmienić. Uczymy nauczycieli jak rozmawiać z dziećmi.

JI: Właśnie dlatego chciałam zaprosić Cię do rozmowy. W Twoim przedszkolu po paru minutach poczułam to coś, czego nie da się znaleźć w materiałach czy grafiku zajęć, a bardziej w sposobie, w jaki dorosły wita dziecko przy drzwiach.

AH: Jednym z powodów, dla których założyłam Da Vinci, choć moje wykształcenie było zupełnie inne, było doświadczenie po powrocie do Mumbaju. Gdy przeprowadziliśmy się z powrotem do Indii nasza córeczka miała 3 miesiące. Dwie rzeczy skłoniły mnie do założenia własnego przedszkola. Po pierwsze chciałam przedszkola w systemie Montessori. Odwiedziłam wiele szkół, które miały w nazwie Montessori, ale nie były nimi naprawdę.

JI: Miały materiały…

AH: Tak, miały materiały, choć i to nie wszystkie. Poza tym skupiały się głównie na przygotowaniu dzieci do rozmów kwalifikacyjnych do szkół. Nie chciałam tego dla swojej córki. Drugą kwestią, która niepokoiła mnie nawet bardziej, było podejście. Gdy chciałam odwiedzić przedszkola, znane i cenione w tamtym czasie  spotkałam się z niezrozumieniem jako rodzic. W Mumbaju istniał ranking przedszkoli, które reklamowały się  liczbą absolwentów, którzy dostali się do renomowanych szkół podstawowych. Raz do roku rodzice stali w kolejkach, by złożyć podania do jak najlepszych. Gdy udało im się dostać potwierdzenie przyjęcia, do któregoś z pierwszych miejsc z listy mogli się tylko cieszyć i świętować. Poszłam do kilku z tych przedszkoli i moje doświadczenie było bardzo negatywne. Tak jak wspomniałaś, te parę minut rozmowy często wystarcza, by wiedzieć, że nie chce się tam posyłać swojego dziecka. Chciałam wiedzieć co moja córka będzie robić w czasie tych cennych lat swojego życia, a nie do jakiej szkoły ma szansę się dostać po trzech latach. Czułam, że jako rodzic powinnam mieć prawo, wiedzieć kto będzie ją uczył, jak wygląda klasa i powinnam mieć prawo, zrozumieć czego będzie się uczyła. Niestety nie dostawałam żadnej odpowiedzi, odbijałam się od ściany. Mogłam wypełnić formularz i czuć się zaszczycona, że córka może będzie przyjęta. Większość rodziców postawiona w sytuacji „bierzesz, albo nie” czuje się szczęśliwa, bez dyskusji płaci wpisowe i przyjmuje, cokolwiek przedszkole ma do zaoferowania. Żaden biznes tak nie działa.

JI: Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi dobro dziecka.

AH: Tak, to Twoje dziecko! Najcenniejszy skarb każdego rodzica. To podejście jest kwestią kultury, gdzieś głęboko zakorzenioną. Te dwa powody skłoniły mnie do podjęcia działań. Byłam tak zniechęcona tym doświadczeniem, że postanowiłam założyć własne przedszkole. Mam wrażenie, że obecnie jest więcej przedszkoli o bardziej otwartym podejściu.

JI: Zgadzam się. Zanim znalazłam Da Vinci, mój syn był w małej grupie prowadzonej przez wspaniałą nauczycielkę. Nie było to przedszkole Montessori. Wybrałam je, ze względu na odległość od domu, ale także dlatego, że komunikacja z dyrektorką była otwarta i życzliwa. Mogłam zobaczyć klasę, przed zapisaniem dziecka można było przez jeden dzień poobserwować, jak wyglądają zajęcia. Wiele rzeczy mnie tam nie zachwycało, ale poświęcenie i ciepło nauczycielek rekompensowały wszystkie niedostatki. Często słyszę w Mumbaju, że metoda Montessori jest bardzo surowa. Nie zgadzam się z tą opinią. Maria mówiła, by podążać za dzieckiem i jeśli zrobi się to szczerze, niepotrzebne są nawet żadne specjalne materiały. Maria radziła, by nauczycielki tworzyły własne pomoce.

AH: Tak, nawet z tego co można znaleźć w domu.

JI: Właśnie to robiła wspomniana nauczycielka. Niestety malutkie przedszkole zbankrutowało w czasie lockdownu.

AH: Tak jak mówiłyśmy wcześniej, pewne rzeczy są wpisane w kulturę. Jeśli dziecko widzi, że rodzic krzyczy na swoją pomoc domową, nauczy się, że w ten sposób załatwia się sprawy. Dlatego tak dużą wagę przykładamy w Da Vinci do dawania dobrego przykładu i niepowielaniu tych złych przyzwyczajeń. Każdy z naszych nauczycieli przechodzi szkolenie, z jakiego języka powinno używać się w klasie. Uczy się, jakich zwrotów używać w codziennych sytuacjach. To jest ciągła praca nad czymś, co nie wszystkim przychodzi naturalnie.

JI: Widzę te starania i bardzo je doceniam.

AH: Właśnie dlatego często proszę o opinie rodziców. Mamy obecnie trzy lokalizacje w Mumbaju. Nie mogę codziennie być w każdej klasie. Oczywiście na zachowanie nauczycielek może mieć wpływ to, że je obserwuję, dlatego też opinia dzieci i rodziców jest taka ważna.

JI: Kolejne pytanie, które przychodzi mi do głowy po dekadzie w Azji: Jak tłumaczysz rodzicom rzeczy, które dzieci robią samodzielnie w klasie? Spotkałam się wielokrotnie, w przedszkolu, w którym pracowałam, z rodzicami, którzy nie mogli pojąć, dlaczego ich dziecko wycierało podłogę, lub zamiatało.

AH: Musimy to tłumaczyć bez przerwy, ponieważ rodzice nie widzą w tych zajęciach żadnej wartości. Czy moje dziecko uczy się liter? Czy liczy? To są ważne rzeczy. Co roku organizujemy, więc warsztaty dla rodziców z życia praktycznego. Pokazujemy wartość samodzielności, ale tłumaczymy też, że zamiatanie podłogi wymaga planowania. Wyjaśniamy, ile ruchów i czynności trzeba wykonać, by dobrze zamieść.

JI: Więc tak to „sprzedajecie”…

AH: Tak, w pakiecie. Zobacz, tu znów wracamy do uwarunkowań kulturowych. Co dzieci widzą w domu? Rodzice nie zamiatają, rodzice nie gotują. Herbata jest im przyniesiona, jedzenie jest przyniesione, a stół posprzątany. Te dzieci nie widzą pracy, którą jeszcze pokolenie naszych rodziców wykonywało w domu. Teraz to wszystko jest scedowane na kogoś innego i jeśli dziecko wykonuje taką pracę, jest to uważane za niestosowne. Dodatkowo niektórzy rodzice pytają, dlaczego mój syn to robi? Moja córka może zajmować się takimi rzeczami, ale nie syn. Ona może pomagać w kuchni, ale nie on. To nadal jest głęboko zakorzenione w kulturze, jak bardzo byśmy się nie zmieniali jako społeczeństwo. W wielu rodzinach, które do nas przychodzą, role rodziców są ściśle określone. Kuchnia jest zdecydowanie domeną matek. Zajmowanie się domem też należy do niej. Dlatego nie wystarczy mówić o samodzielności. Pokazujemy jak planowanie czynności i sekwencje prowadzą do myślenia matematycznego. Jak moje dziecko rozwiąże złożony problem matematyczny jeśli uczy się tylko 1+1=2 i jego zadanie jest rozwiązane. Nie musi się wykazać cierpliwością ani skupieniem. Natomiast kiedy zamiata, bądź myje stół, jego palce stają się silniejsze i to pomoże mu później w pisaniu. Istnieje więc bezpośrednie przełożenie na gotowość akademicką i to często jest bardziej przekonujące. Zdarza się oczywiście, że niektórzy rodzice rezygnują. Staramy się spotkać z każdym opiekunem, zanim przyjmiemy dziecko do szkoły, bo to oszczędza im rozczarowań. Jeśli na pierwszym spotkaniu pytają tylko o  litery, liczenie i czy uczymy dzieci wierszyków na pamięć, to znaczy, że nie odnajdą się u nas.

JI: Nie będą zadowoleni…

AH: I my nie będziemy. Będziemy ciągle musieli sobie tłumaczyć podstawowe założenia i zasadność naszych decyzji. Jednak jeśli rodzice są otwarci na nowe podejście, możemy stworzyć dziecku wspaniałe warunki do rozwoju.

JI: Mam pytanie nieco bardziej osobiste. Czy twoja edukacja inżynieryjna pomogła Ci w jakikolwiek sposób w pracy w przedszkolach Montessori?

AH: Szczerze powiedziawszy, nigdy o tym nie myślałam. Z akademickiego punktu widzenia tylko  kostki dwumianowa i trójmianowa przychodzą mi do głowy (śmiech). Czuję, że chodząc po różnych ścieżkach życia, zmieniamy się i wzrastamy. Dzięki wymaganiom stawianym na uczelniach, pracy pod presją, później MBA potrafiłam prowadzić biznes i myśleć długoplanowo. Dorastając, nabieramy doświadczenia i mądrości, choćby nie wiem co.

JI: Gdy dołączyliśmy do grup przedszkolnych w Indiach zdumiała mnie wielość kultur, religii i grup społecznych, jakie można spotkać w każdej, choćby małej, grupie przedszkolnej. Wiem, że świętujemy wspólnie Ganpati (hinduskie święto na cześć Ganeszy, bardzo popularne w Mumbaju), Diwali (najważniejsze święto indyjskie obchodzone w całym kraju) czy Boże Narodzenie. Opowiedz jak wplatacie międzykulturowość w zajęcia.

AH: Zawsze potrzebujemy kogoś, kto może nam przybliżyć daną tradycję. Na przykład, gdy mamy w grupie parsyjskie dzieci, ale żadna nauczycielka nie jest Parsyjką (wyznającą zaratusztrianizm), wtedy zapraszamy rodziców, by opowiedzieli o nadchodzącym święcie. W trakcie roku szkolnego obchodzimy większe uroczystości i mamy je wpisane w kalendarz, ale są też mniejsze, o których tylko opowiadamy. Gdy zbliża się Id (Święto Ofiarowania w Islamie), czytamy książki, rozmawiamy, ale bardzo pobieżnie. Wspominamy też o najważniejszych uroczystościach Dżinizmu (najstarsza, która przetrwała do dziś religia. nonteistyczna, oparta na całkowitym braku przemocy, nawet wobec zwierząt i roślin).   

Zdarza się, że rodzice są zawiedzeni, że jakieś święto nie jest dniem wolnym. W Indiach jest jednak tyle świąt, że gdyby wszystkie były dniami wolnymi, dzieci w ogóle nie chodzily by do przedszkola. Mówimy wtedy rodzicom, że danego dnia nie muszą posłać malucha. I tak musimy przestrzegać odgórnie ustalonych dni wolnych, bo w te dni biura i urzędy są zamknięte. Już samych tych dat jest bardzo dużo.

JI: Maria Montessori wyrosła w środowisku chrześcijańskim i edukacja duchowa była ważnym elementem jej nauczania. Podczas moich szkoleń w Mumbaju spotkałam się z opinią, że w Indiach ta część powinna być wypełniona medytacją i jogą. Czy ćwiczycie jogę podczas zajęć?

AH: Tak, czasami ćwiczymy jogę, ale nie ma to charakteru religijnego. Czasem ćwiczymy z dziećmi niektóre modlitwy w sanskrycie, ale to spotyka się czasem z niezadowoleniem rodziców wyznających inne religie.

JI: Mogę to zrozumieć, bo nie wiem, jak zareagowałaby babcia, gdyby wiedziała, że po Ganpati jej wnuk codziennie śpiewał modlitwy na cześć Ganeszy (hinduski bóg o głowie słonia).

AH: No właśnie, ale z drugiej strony czuję, że to są momenty, w których dzieci naprawdę uczą się wzajemnego zrozumienia i tolerancji. Oczywiście nie o wszystkim możemy rozmawiać, bo gdy zacznę dziecku z rodziny wyznającej Dżinizm (nie jedzą nawet marchwi i ziemniaków, bo to zabija roślinę) tłumaczyć przebieg święta ofiarowania, podczas którego zabija się kozła, przeżyje szok. Nawet historia Ganpati, w której ojciec odcina dziecku głowę, też nie jest z oczywistych względów opowiadana. Uważam, że każde dziecko powinno czuć się bezpiecznie i swojsko klękając jako muzułmanin, robiąc znak krzyża czy składając ręce do innej modlitwy. Montessori wiele uwagi poświęciła szerzeniu pokoju. Przeżyła wojnę i wiedziała, jak ważne jest budowanie zrozumienia i szacunku. I tu znów przeszkadza hierarchia, bo jeśli ja jestem lepszy od sprzątacza, to takie podejście kłóci się z założeniami Montessori. Tak samo jeśli moja religia jest lepsza od innej, to też nie przynosi pokoju. Jeśli uda nam się z szacunkiem i otwartością prowadzić dzieci w naszych klasach tolerancja przyjdzie naturalnie. Jeśli spotykasz dzieci z innych kultur w swojej grupie, rośniesz, uważając to za coś najnormalniejszego w świecie.

JI: Naprawdę rozumiem, o czym mówisz, bo gdy moje dzieci poszły do polskiej szkoły, po raz pierwszy zauważyły, że wszyscy byli „tacy sami”. W poprzedniej szkole paczka córki składała się z pięciu dziewczynek, z których każda pochodziła z innego kraju i wyznawała inną religię, a w polskiej szkole noszenie „innej” koszulki odstawało od normy.

AH:Ta różnorodność jest naturalna w Indiach. Nie da się jej ominąć, choćby się chciało.

 JI: Za to lubię Mumbaj. Mam poczucie, że nie wszystkie miejsca w Indiach są równie otwarte.

AH: Zdecydowanie

JI: Mumbaj jest tyglem. Czy tutaj się wychowałaś?

AH: Nie, pochodzę z Amnabadu w Gudźaracie. Nie było to miasto tak wielokulturowe jak Mumbaj.[…] Lubię Mumbaj. Tu jest moja i mojego męża praca, więc tu jest nasze serce, ale czasem chciałabym być bliżej mojej mamy, która ma już prawie 80 lat.

JI: Jeśli mamy chwilę czasu, to chciałabym porozmawiać z Tobą jeszcze o jednej rzeczy.

AH: Mamy czas.

JI: Jest pewne zjawisko, nie tylko w Indiach, ale na całym świecie, które bardzo mnie martwi. Ponieważ szkolenie Montessori dla nauczycieli jest czasochłonne, trudne i kosztowne, szkoły Montessori stały się, może nie najdroższe, ale na pewno bardzo kosztowne. Montessori zaczęła pracę właśnie z najbiedniejszymi i to oni poznali zalety jej podejścia jako pierwsi. Czy znasz może organizacje w Indiach, które wykorzystują podejście Marii do edukacji w pracy z najbiedniejszymi?

AH: Tak, znam bardzo wiele. Istnieje międzynarodowy ruch, który jest bardzo aktywny w Indiach. Educateurs sans Frontières jest oddziałem Association Montessori Internationale (AMI).  Pracują z dziećmi spoza wielkich miast, w małych miejscowościach i wsiach. Prowadzą też kilka szkół. Jeden z ich głównych aktywistów na Indie mieszka w Hajdarabadzie.

Mnie osobiście też bardzo zajmuje ta kwestia. Wspieraliśmy jedną z lokalnych szkół, póki dzieci mogły przychodzić, przed covidem. Znajduje się ona tuż za naszym oddziałem przy Marin Drive. Pracowaliśmy z nimi przez pięć lat. Przejęliśmy zarządzanie, doszkalaliśmy nauczycieli (RTI training), kupiliśmy meble i wyposażenie. Organizowaliśmy też zbiórki funduszy dla szkoły wśród naszych rodziców. Ta współpraca dawała mi wiele satysfakcji, nauczyciele też byli zadowoleni, a efekt był piękny, tym bardziej że akurat w tej szkole było dużo przestrzeni. Kwestia promowania edukacji Montessori wśród mniej uprzywilejowanych jest bardzo bliska memu sercu. Czy słyszałaś o Seva Sadan?

JI:Nie.

AH: Seva Sadan to organizacja w Mumbaju, która prowadzi szkołę z internatem dla dziewczyn. Próbowałam zacząć współpracę z nimi, ale nie byli przekonani do systemu Montessori. Często ludzie boją się i są niechętni wprowadzaniu zmiany. Rozmawiałam też z inną szkołą na Colabie (dzielnica Mumbaju), która pracuje z dziećmi z biednych rodzin i oferowałam im bezinteresowne wsparcie.

AH: Aseema też robi wiele dobrych rzeczy. Organizacja ta przejęła kilka miejskich szkół na obrzeżach Mumbaju i świetnie sobie radzi pracując z najbiedniejszymi dziećmi. Nie miałam okazji ich odwiedzić, ale wiele o nich słyszałam. Dla wielu takich organizacji wyzwaniem jest jednak koszt materiałów.

JI: Tak, materiały Montessori są bardzo drogie.

AH: Jeśli zbierze się parę zabawek i wstawi do klasy, można ją zorganizować dużo taniej. Również wyszkolenie nauczycieli jest bardzo czasochłonne. To też zwiększa koszty. Jeśli udałoby się zebrać fundusze i znaleźć sponsorów można by wiele zmienić. Mam nadzieję, że niedługo, gdy szkoły będą się mogły otworzyć, będziemy znów współpracować z lokalnymi podstawówkami. (W Mumbaju dzieci z klas 0-7, nie poszły do realnej szkoły ani razu od marca 2020, dla najbiedniejszych oznacza to, że nie mają zajęć w ogóle. Biorąc pod uwagę, że rok szkolny kończy się w marcu, a końca pandemii nie widać, dzieci zaraz stracą drugi pełny rok nauki).

JI: Ja też mam nadzieję wrócić do pracy z dziećmi ze szkoły prowadzonej przez Akanksha Foundation. Pomagałam tam w klasie pierwszej. To niesamowite miejsce, które uwielbiałam. Biorąc pod uwagę, że całe wyposażenie klasy składało się z tablicy, a dzieciaki miały do dyspozycji po kawałeczku kredy, małej czarnej tabliczce do pisania i kawałku podłogi, na którym siedziały, dobre nauczycielki były w stanie zdziałać cuda. Sposób, w jaki rozmawiały z uczniami i  to, jak potrafiły sprawić, by dzieci czuły się odpowiedzialne za swoją klasę, jak je szanowały i jak potrafiły wprowadzić atmosferę współpracy, to wszystko sprawiało, że klasa ta była dużo bliższa temu co promowała Maria Montessori niż wiele dobrze wyposażonych przedszkoli.

AH: Ważne jest też przenoszenie tych wartości do domów. Dlatego tak istotne jest edukowanie rodziców i społeczności, z których pochodzą dzieci. Jedna z nauczycielek, z którą współpracowaliśmy, była z Fundacji Aseema. Potrafiła w niesamowity sposób tłumaczyć rodzicom jak traktować dzieci. W Indiach kulturowo dawanie klapsów jest nadal akceptowane, niezależnie od sytuacji finansowej rodziny. Dorośli często nie mają świadomości, że maluch też ma swoje ego, które może być bardzo zranione. Jeśli wytłumaczy się rodzicom, czemu szacunek do dziecka jest tak ważny, oni powoli zaczynają to przyjmować i rozumieć. I tak jak mówisz, zapomnijmy o materiałach… taka zmiana w podejściu ma dużo większy pozytywny wpływ niż jakiekolwiek materiały.

JI: Już naprawdę ostatnie pytanie. Jak sądzisz, dlaczego wielu rodziców słysząc słowo Montessori, czy to w Polsce, czy w UK, czy w Indiach, mówi, że to bardzo surowy system pozbawiony radości.

AH: Rozmawiałam dokładnie o tym  wczoraj z jednym z rodziców. Pytała, czy dzieci to nie nudzi. Dorośli często myślą, że to czego dzieci chcą to komiksowe postaci na ścianach i kolorowe podłogi. Nazywanie zajęć pracą też brzmi groźnie, ale chodzi tu o to, że są to aktywności ważne, ale nie nudne. W naszych przedszkolach duży nacisk kładzie się na realność, nie ma tu, jak w wielu innych, dni „czerwonych” gdy wszyscy przychodzą w czerwonych przebraniach. Rodzice uznają takie atrakcje za bardzo ważne dla dzieci. My wiemy, że nie tak dzieci poznają kolory. Popularne w Indiach dni, gdy można przebierać się w galowe sukienki, może wyglądają ładnie, ale dla trzylatków są raczej przeszkodą w swobodnym robieniu tego, na co mają ochotę. Kolejną, trudną do zrozumienia rzeczą jest powtarzalność. Jak to możliwe, że dziecko nie nudzi, się robiąc w kółko to samo przez tyle dni? Gdy rodzice zechcą przeczytać coś na temat metody, zazwyczaj od razu stają się w pełni zaangażowani i wspierający. Dlatego mamie, z którą wczoraj rozmawiałam, dałam książkę Marii Montessori Dziecko w rodzinie. Takie rozmowy muszą mieć miejsce co chwilę. Z drugiej strony, gdy rozmawiamy z rodzicami spoza Indii o tym, że ich pięcioletnie dziecko mnoży i dzieli, często są przestraszeni i uważają, że to przesada. Indyjscy rodzice są zachwyceni.

JI: Każdego niepokoi coś innego.

AH: Tak, ale zazwyczaj ten niepokój wynika z niezrozumienia metody Montessori i jej wartości. Jeśli nie widzisz w niej sensu („moje dziecko idzie do przedszkola myć podłogi i czyścić buty”), to nie zobaczysz w niej wartości. 

JI: Mam jeszcze wiele pytań, na które dziś już nie starczy czasu.

AH: Możemy spotkać się znowu.

JI: Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i wiele inspiracji. Do zobaczenia

Może Cię zainteresować:

Zostaw komentarz

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności