Matura. Po co to komu?

Agnieszka Piwowarczyk
0 komentarz

Maturę “zdaję” co roku, właściwie nieprzerwanie od maja 2004 r. – w  tym czasie sama byłam abiturientką, następnie korepetytorką i nauczycielką przygotowującą uczniów do egzaminów, a także egzaminatorką oceniającą matury, wreszcie obserwatorką i komentatorką tego, co z maturą i na maturze się wydarza. Formuła egzaminu zmieniła się w tym czasie zasadniczo właściwie dwukrotnie – w roku 2005 i w roku 2015. Kolejna zmiana ma się w tej kwestii dokonać w roku 2021 – kiedy to z maturą mierzyć się będą absolwenci “nowej” ośmioklasowej podstawówki i “nowych” czteroletnich liceów.

Maturalna prehistoria 

Gdy we wspomnianym roku 2004 – wraz z rocznikiem, który jako ostatni kończył szkołę w systemie 8 + 4 – zdawałam swój “egzamin dojrzałości” główną moją obawą było to, że oblanie matury uniemożliwi mi zdawanie egzaminów na uczelnię. Sam wynik matury zazwyczaj nie miał w tej kwestii żadnego znaczenia (choć były od tej zasady pewne wyjątki), co w zasadzie wciąż ma miejsce w odniesieniu do egzaminów na poziomie podstawowym, które wystarczy zdać (tj. zdobyć wynik od 30% wzwyż), w rekrutacji na studia brane są pod uwagę wyniki arkuszy na poziomie rozszerzonym. Wtedy zaś o przyjęciu na uniwersytety i akademie decydowały zaś wewnętrzne egzaminy organizowane przez poszczególne uczelnie, do których po maturze wciąż trzeba było się przygotować, bo odbywały się w miesiącach letnich.

Egzaminy maturalne w tej “najstarszej” formule zasadniczo różniły się od tych, które znają maturzyści z ostatnich 15 lat. Przede wszystkim były sprawdzane przez nauczycieli, którzy nas do matury przygotowywali. Zdawało się maksymalnie pięć egzaminów – dwa w formie pisemnej i trzy w ustnej. Wreszcie – można było mieć przy sobie różne osobiste przedmioty, a samemu procesowi pisania towarzyszyła intensywna niekiedy konsumpcja kanapek i innych smakołyków przygotowanych przez rodziców. 

To po maturze zaczynała się “walka o przyszłość”, czyli zdawanie egzaminów na studia, które były wówczas dosyć elitarne. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że kandydatami na uczelnie byli wtedy maturzyści urodzeni w czasach wyżu demograficznego lat 80. Poza tym motywacja do zdawania na studia była powszechna, choć dosyć zróżnicowana. Poza przekonaniem, że ukończenie studiów daje możliwość zdobycia dobrej pracy (co akurat okazało się raczej mrzonką), dosyć istotna była chęć opóźnienia wejścia na niezbyt przyjazny rynek pracy (z wysokim bezrobociem i marnymi szansami na znalezienie jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza wobec braku doświadczenia i praktycznych umiejętności u młodzieży po ogólniaku ( tzw MPO), a także (to u chłopców) uniknięcia zasadniczej służby wojskowej, która wówczas była powaszechna i niekoniecznie pożądana.

Uniwersalizacja matury, czyli formy i normy

Rok później zmieniło się w zasadzie wszystko – zaczęły się czasy panowania Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, czyli przede wszystkim czasy uczenia pod testy, czyli pod kryteria oceniania i klucze odpowiedzi. Maturę zaczęto oceniać zewnętrznie, ustandaryzowano i zadania, i pulę właściwych ich rozwiązań. Wszyscy maturzyści mieli mieć dzięki temu takie same szanse (co jest oczywistą bzdurą, biorąc pod uwagę choćby zróżnicowanie poziomu szkół i dostępu do edukacji w ogóle – ale to już temat na inne rozważania), przede wszystkim jednak dla wszystkich wynik matury miał stać się przepustką (albo wilczym biletem) na uczelnie. 

Wydłużył się znacząco czas oczekiwania na wyniki egzaminów (kiedyś znane był po kilku dniach, teraz czeka się kilka tygodni), jednak właściwie poza oczekiwaniem abiturienci po maturze niewiele mają już do zrobienia (chyba, że zdają na uczelnie artystyczne czy inne uczelnie, przeprowadzające dodatkową, motywowaną specyfiką kierunków, rekrutację wewnętrzną). Najpierw czekają na świadectwo maturalne, później rozsyłają dokumenty na uczelnie, by następnie oczekiwać na (nie)przyjęcie na studia. Ponieważ jednak egzaminy można zdawać kilkakrotnie, zmieniając i przedmioty, i ich poziom, a także ze względu na zmianę  – maturalna presja jest może nie tyle mniejsza, co bardziej zróżnicowana i po prostu inna. Nie trzeba się szczególnie spieszyć i szczególnie stresować, bo i chętnych na uczelnie mniej ze względu na niżowe roczniki, większą liczbę uczelni prywatnych czy chociażby zdezawuowanie wyższego wykształcenia, które coraz rzadziej jest konieczne, by znaleźć tzw. dobrą pracę. Pojawia się również więcej alternatywnych możliwości – ze względu na malejące bezrobocie, większą liczbę ofert pracy dla pracowników bez specyficznych klasyfikacji czy rosnącą wśród młodzieży i rodziców akceptację dla czasowego przerwania czy odroczenia dalszej edukacji. Zmiana formuły maturalnej dokonywała się niejako równolegle z innymi (w większym lub mniejszym, a niekiedy nawet, w żadnym stopniu związanych z samym egzaminem) zmianami, które sprawiły, że matura to już zupełnie nie to samo.

I co z tego?

Kiedy w 2004 roku zdawałam swoją maturę, mogłam napisać tylko jeden egzamin, ponieważ wcześniej zdałam egzamin certyfikacyjny z języka angielskiego, który z matury wówczas zwalniał. Samo zdawanie tego egzaminu było dla mnie doświadczeniem surrealistycznym. W szkole przyzwyczaiłam się do dosyć luźnych form i kryteriów oceniania, zależnych przede wszystkim od specyfiki metod (a niekiedy także stanu psychicznego) nauczycieli, indywidualnego (i nie do końca przewidywalnego) podejścia, rozmaitości typów zadań i ich rozwiązań. Przedziwny był także reżim nadzoru, z zachowaniem stosownych procedur, kolejności i odległości, licznymi zakazami i nakazami. Osobliwe było także oczekiwanie na wyniki – trwające tak długo, że z jednej strony rozmywało, a z drugiej potęgowało napięcie. Rok później dokładnie tak zaczęły wyglądać egzaminy maturalne – ale tego powszechnego surrealizmu doświadczyłam już siedząc po drugiej stronie egzaminatorskiego stolika, ze znudzeniem obserwując piszących uczniów czy ze zdziwieniem wysłuchując przedziwnych niekiedy (a niekiedy recytowanych z pamięci) owianych złą sławą maturalnych prezentacji. Zmiana punktu siedzenia zmieniła w moim przypadku związane z maturą emocje i oczekiwania, nie zmieniła jednak zasadniczo mojego na nią punktu widzenia.

Matura nie jest (być może nigdy nie była?) egzaminem dojrzałości.  Matura nie jest nawet egzaminem sprawdzającym szeroko rozumiane wiedzę i umiejętności przedmiotowe. Matura jest przepustką na studia (wcześniej była przepustką do zdawania egzaminów na studia, co zmieniało mechanikę procesu, ale nie jego logikę). Przede wszystkim jednak matura jest – i najpewniej jeszcze długo będzie – egzaminem certyfikacyjnym, czyli weryfikującym biegłość rozwiązywania określonego typu zadań, które ocenić można w sposób znormalizowany, a więc łatwo  poddający się statystycznej obróbce i rankingowaniu. 

Ta nowa (dosyć uniwersalna zresztą, bo znana w wielu systemach edukacji) formuła  ma swoje oczywiste wady, ma jednak także swoje zalety – choć często trudno rozstrzygnąć, które z cech czy właściwości tak przeprowadzanych egzaminów można uznać za negatywne, a które za pozytywne. Uczenie (się) pod maturę jest ściśle skodyfikowane i ukierunkowane, choć często uniemożliwia przekazywanie wiedzy i umiejętności przedmiotowych nieweryfikowanych na egzaminach (bo nie ma ani czasu, ani potrzeby, by to robić), ale niekiedy także zupełnie niepraktycznych i nieprzydatnych dla kogoś nie zainteresowanego daną dziedziną. Zdanie matury nie daje wciąż żadnych szczególnych możliwości (o zdaniu decydują wyniki egzaminów na poziomie podstawowym, nieszczególnie brane pod uwagę przy rekrutacjach), jednak uzyskanie stosownych wyników na egzaminach rozszerzonych umożliwia zdobycie indeksów uczelni nie tylko w całej Polsce, lecz także na całym świecie – co jest możliwe głównie ze względu na rzeczone znormatywizowanie egzaminów i ich wyników.

Matura nie sprawdza niczyjej dojrzałości (co najwyżej weryfikuje kompetencje miękkie, a zwłaszcza operatywność), nie jest już bodaj dla nikogo “rytuałem przejścia”, nie stanowi o niczyjej osobistej wartości. Zmusza do podejmowania określonych działań w określony sposób, we wskazanym miejscu i czasie – co daje określone możliwości i (potencjalne, realne albo symboliczne) korzyści. Nie ma w niej niczego definitywnego ani (być może nigdy nie było?) koniecznego. Może to jednak i lepiej, że na znane z popularnej grafiki stworzonej przez Loesje pytanie “A co jeśli klucz maturalny nie otwiera żadnych drzwi?”, można odpowiedzieć: “W sumie to nic” . 

* MPO – młodzież po ogólniaku. 

Może Cię zainteresować:

Zostaw komentarz

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić Twoje wrażenia. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuje Przeczytaj więcej

Polityka prywatności
Dołącz do nas i zobacz, że edukacja może wyglądać inaczej!